niedziela, 14 kwietnia 2013

„Królowa ciast”, reż. Ula Kijak, Teatr Wilama Horzycy w Toruniu. Recenzuje Weronika Kaczmarek


W Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu obejrzałam kolejny spektakl o patologicznej rodzinie. Zaintrygował mnie tytuł. Jak się ma do przemocy w rodzinie? Okazało się, że chodzi o tort urodzinowy głównej bohaterki. Znowu trochę się zdziwiłam. Bo przecież słowo „tort” jest w języku polskim rodzaju męskiego. Dlaczego więc owo ciasto zostało przez tłumaczkę Jolantę Jarmołowicz koronowane na „królową” a nie „króla”? Brzmi dziwnie, ale nie to w końcu jest najważniejsze. Ważna jest przemoc i patologia. Czy jednak naprawdę dotyczy ona tylko rodzin funkcjonujących w systemach totalitarnych, co usiłuje zasugerować autor?

Bicie żon i dzieci, lub choćby tylko psychiczne maltretowanie słabszych to praktyka równie stara, jak instytucja samej rodziny. Była, jest i zapewne nie przeminie, bo sami maltretowani starają się fakt pozostawania w roli ofiary skrzętnie przed światem ukrywać. I z pewnością nie ma to związku z żadnym ustrojem politycznym, ale z wredną naturą człowieka? Stąd też, Bela Pinter mógł sobie podarować tę całą polityczną otoczkę dla rodzinnego dramatu. Sztuce nie wyszło to na dobre. I w efekcie była ona wystawiana tylko na Węgrzech. A szkoda, bo gdyby odrzucić polityczne realia, mogłaby być ciekawsza. Nie tyle nawet przez trafną analizę motywacji ludzkich zachowań, ile przez głębokie wniknięcie w mentalność dziecka, postrzeganie przez nie otoczenia, a zwłaszcza ciekawe próby neutralizowania zadawanego mu cierpienia. Siedmioletnia Erika nie dopuszcza do świadomości, że jej ukochany pies Sułtan został, prawdopodobnie celowo, wepchnięty pod koła samochodu, przez kuzyna. Wyobraża sobie, że pies zmartwychwstał i z pistoletem w łapie czuwa nad jej bezpieczeństwem.

Przedstawienie pokazuje świat widziany jej oczyma. Groteskowo zakomponowane postaci członków rodziny, odrealnione rekwizyty, akcja zatrzymywana na pstryknięcie palcem, by zyskać prywatny czas na działania pozwalające odreagować złe emocje i lęki maltretowanego przez najbliższych dziecka. Kiedy wszystkie postaci zastygają w bezruchu, Erika rozbija o ściany butelki z wódką, w których upatruje główną przyczynę swojej sytuacji.

Tempo przedstawienia jest nierówne. Zbyt wolne w wielu momentach. Nieuzasadnionym pomysłem było wyprowadzanie akcji poza obręb kwadratu rodzinnego mieszkania. Nie wiadomo na przykład dlaczego nauczyciela na czas rozmowy z Eriką umieszczono pośrodku widowni. Przecież odwiedza dziewczynkę w domu. Podobnie nielogiczne jest też stawianie bohaterki wśród publiczności na moment zdmuchiwania świeczki..

Niejednorodna stylistycznie jest też gra aktorów. Niektórzy, jak Olga – matka Eriki, czy jej nauczyciel, grają realistycznie, inni znów, jak ciotka Aniko groteskowo. Olga (Maria Kierzkowska) jest postacią niczym z wielkiej tragedii, Ludwik (Michał Marek Ubysz) dość bezbarwną, można powiedzieć nijaką. Inaczej Aniko Jolanty Teski to ciekawe skrzyżowanie Dulskiej z groteskowymi kobietami z dramatów Witkacego. Z wyczuciem skontrastowane zostały postaci kuzynów. Maciej Raniszewski w roli Tibiego przerysowuje groteskowo postać małego chuligana, a Łukasz Ignasiński, jako Zoli, trochę delikatniejszymi środkami bardzo dobrze gra lizusa- sadystę. Paweł Tchórzeski jako ojciec-potwór jak na swoje możliwości operuje zbyt małą skalą środków. Także Niko Niakas w roli Dziadka po przemianie w rodzinnego prapotwora nie brzmi ani dość groźnie, ani dość zabawnie. A był to materiał na ciekawą postać. Podobnie Grzegorz Wiśniewski (Wujek Feri) pięknie śpiewa, ale w groteskowych kwestiach niezbyt śmieszy.

Postać Eriki Mirosława Sobik gra kameralnie; ani groteskowo, ani tragicznie, z umiarem, delikatnie odsłania jej lęki i pragnienia. Reszta postaci powinna być dla niej przeciwwagą. Ale nie jest. Bo każdy gra tu na własną nutę

Reżyserka zbyt mało wydobywa z tekstu humoru. Całość brzmi jak ciężki dramat. Choć przyznać muszę, że w niektórych momentach humor autora budzi niesmak. Zwłaszcza, w dość długiej scenie jedzenia przez jubilatkę tortu ozdobionego przez kuzynów jej własnymi ekskrementami. Bo nie panowanie nad czynnościami fizjologicznymi w momentach stresu jest stałą przypadłością dziewczynki. Za co jest przez jednych strofowana, przez innych wyśmiewana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz