piątek, 19 kwietnia 2013

"Gottland" reż. Joanna Zdrada, Teatr Rozrywki w Chorzowie

"Gottland", Teatr Rozrywki w Chorzowie


Mariusz Szczygieł pisał "Gottland" z sentymentu i empatii do braci Czechów. W chorzowskim Teatrze Rozrywki Joanna Zdrada wyreżyserowała ten tekst, o empatii jakby zapominając.

W przedstawieniu, czy raczej zbiorze scenek, najbardziej przeszkadza przewidywalność. Każda etiuda kończy się wyciemnieniem, puszczeniem po rozpiętym nad sceną drucie kolejnej, odbitej na maszynie drukarskiej prasowej czołówki, komentującej wydarzenia sceniczne. Wspina się po te "prasowe jedynki" chłopak, nakleja je po lewej stronie, na tablicę, imitującą słup ogłoszeniowy.

Monotonia tych przerywników irytuje, bo, przy licznych, całkiem zresztą trafnych, pomysłach formalnych, podstawową materią spektaklu są podobnie jak w książce Szczygła, opowieści o znanych Czechach. Tu sprowadzone do zdawkowych etiud. Zaczyna się od bardzo skrótowej sylwetki Báťy i jego zakładu szewskiego. Przerwa, wyciemnienie, zgrzyt prasy drukarskiej, chłopak przy słupie. Potem przysłuchujemy się historii Lídy Barovej, która wraca pamięcią do swoich związków z Hitlerem i Goebbelsem. W tle sceny pokazują się obaj naziści, a raczej ich karykatury; aktorom na głowy nałożono przerośnięte głowy lalek. Oglądamy pospieszne amory obu despotów do młodej Barovej. Maszyna drukarska, prasowa czołówka, klejenie. Dalej przeskakujemy do perypetii Šveca, architekta gigantycznego pomnika Stalina na wzgórzu nad Wełtawą. Potem rusza tragikomiczny epizod z Eduardem Kirchbergerem, pisarzem, który, by wylać z siebie socrealistyczny bełkot, musiał się przedtem w knajpie zawsze porządnie nawalić. W spektaklu ożywiona para zakochanych z jego dzieł recytuje wzniosłe brednie na tle rąbania pijanego Kirchbergera w maszynę do pisania. "Panie pisarzu, dlaczego pana bohaterowie nigdy się nie pieprzą?" - pyta barman. "Skoro ja nie mogę, to im też nie pozwolę." - odpowiada Kirchberger. Wokół tego cytatu można by zresztą napisać osobny felieton o niektórych modnych polskich panach reżyserach. Ale to na inną okazję.

Nieoczekiwanie w drugiej części przedstawienie całkowicie zmienia swój charakter. Staje się estradowym show "Śpiewamy czeskie przeboje". Konferansjer-wesołek nachalnie wchodzi między widzów, wypytuje ich, z czym się kojarzą Czesi, opowiada kawały jakby prosto z książeczki "Sto dowcipów o Pepikach", kupionej w kiosku na rogu. Na scenie występują aktorzy grający amatorów śpiewających czeskie piosenki, a my niby to jesteśmy publicznością tego programu. Po co to? By głupim humorem rozbawić publiczność? By próbować przez piosenkę opowiedzieć o powojennej historii Czech? Nic z tego opowiadania nie wychodzi. Słuchamy przebojów Golden Kids, The Plastik People of the Universe. "Uczestnicy" show nie potrafią wytłumaczyć, dlaczego wybrali utwór "Zatwardzenie". Doskonale znany w Czechach protest-song to dla niech tylko wesoły tekst. Nikt na sali nie wie, czym był proces członków tego zespołu, jakie generalnie znaczenie miało zbieranie podpisów pod Kartą 77 w Czechach. Pytanie tylko, czy z tak wymyślonego widowiska ktokolwiek czegoś więcej się na ten temat dowie?

Są momenty świadczące o tym, że Joanna Zdrada doskonale zdaje sobie sprawę, iż opowiadana w tej konwencji historia Czech porusza się głównie pośród powierzchownych stereotypów. Szczególnie podoba mi się ironiczny pomysł wstawienia Karela Gotta w coś w rodzaju ołtarzyka. Twarz gwiazdora otaczają sztuczne kwiaty, światełka. Gott w rozmowie z konferansjerem zarzeka się, że w żadnym swoim przeboju nie chwalił komunistów. Nie dodaje, że był ich pieszczochem, że im zawdzięcza życie w dostatku. Spektakl kończy się gorzko: epizodem związanym z podpaleniem się Zdenka Adamca. Ku jego pamięci przechodnie stawiają znicze, te jednak muszą zniknąć, gdy na scenę wkroczy ekipa telewizyjna, kręcąca film o Pradze. Śmierć młodego, zbuntowanego chłopaka staje się nieważna; życie toczy się dalej. To mocna puenta. Przedtem jednak Wioleta Malchar śpiewała "Modlitwę dla Marty", późniejszy nieformalny hymn Aksamitnej Rewolucji z przylepionym do warg głupim uśmieszkiem, jakby nie rozumiała o czym śpiewa, z jakiego powodu powstał ten hymn, co czeska bezpieka zrobiła z Martą Kubišową.

Ale z jeszcze innej strony patrząc, najlepszym numerem całego przedstawienia od strony muzyczno estradowej jest dyskotekowy przebój Heleny Vondračkowej "Dlouha noc" w wykonaniu przebranego za drag queen Jarosława Czarneckiego. To celny, zręczny pastisz tego wątpliwej jakości utworku, bez przerysowanej gestykulacji, zrobiony ze świetnym wyczuciem rytmu. Dychotomiczna etiuda: z jednej strony kiczowaty strój, przerysowany makijaż, z drugiej delikatny gest, mrugnięcie okiem do widza. I byłoby całkiem świetnie, gdyby nie następujący zaraz potem kolejny set debilnych dowcipasów o drag queen i Annie Grodzkiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz