piątek, 19 kwietnia 2013

Felieton: Pan Robert


Umówiliśmy się wczoraj wieczorem pod miejscowym teatrem lalek. Akurat odbywam kolejną kilkudniową teatralną podróż po kraju. Nie widzieliśmy się wiele lat, w zasadzie ledwo się poznaliśmy. Stare byki, tłuste słonie, zresztą Pan Robert na wstępie wypalił, że się roztyłem. Zawsze był taktowny. Bezpośredni, obdarzony ostrym jak brzytwa poczuciem humoru, sprzedawanym z filuternym uśmieszkiem.

Kiedyś podziwiałem zapał Pana Roberta do studiowania w Warszawie wiedzy o teatrze. Wyjazd z przygranicznego miasta do stolicy musiał go sporo kosztować, pieniędzy i samozaparcia. A bogaty nigdy nie był. Pamiętam, jak waletował w akademiku na Pradze. Pamiętałem tę jego wrażliwość dziecka i jakieś takie dziwne zaufanie do ludzi. A jednocześnie głupawe, szczeniackie zagrywki. Obrażanie się, milczenie, nie odbieranie telefonów, klasyczne fochy. Pan Robert na teatrologii miał sporo wrogów, kadra profesorska chyba też za nim nie przepadała, miał jakieś problemy z ukończeniem trzeciego roku. Potem na wiele lat zniknął, ktoś mi wspominał, że wrócił do rodzinnego miasta. Wczoraj dowiedziałem się jak mu te lata minęły.

Słuchałem historii o wielomiesięcznym życiu na ulicy, włamywaniu do kamienic i spaniu na strychach. Milczałem, gdy mówił, jak babcia sprzedała mieszkanie, a on nie miał co z sobą począć, o czasie spędzonym w schronisku, o używkach, o partnerach. Wreszcie o szczęśliwym rozpoczęciu pracy w Poczcie Polskiej, z którą obecnie procesuje się w sądzie pracy. O posądzaniu go o zmianę datownika, o odcinkach renty, o tym jak się ostatnio zdenerwował i w jednej z kamienic zostawił listy na parapecie, zamiast je roznieść. Co zresztą było powodem, że niezbyt chciał dziś rano iść do pracy, do jego firmy przyjechał bowiem rewizor z sąsiedniego miasta.

Uśmiechałem się pod nosem, jak opowiadał, że znalazł wreszcie wydawcę swojego słownik biograficznego aktorów polskich. Pisze go od lat. Nie spytałem, przy której jest literze, nie sadzę by wyszedł poza "D". Zresztą, niepotrzebnie dodał, że ten wyśniony wydawca to tak naprawdę jego kumpel. Przy trzecim piwie poleciało trochę plotek z pracy, z tak zwanego rejonu. Opowiadał o tym, jak starsze panie zapraszają listonosza na ciasteczko, a jedna to nawet na cały obiad zwieńczony "czymś mocniejszym". Cieszył się, gdy mówił o "resztówce" z emerytur i rent, którą w niektórych częściach Polski starsi ludzi zwykli oddawać listonoszom. O panu co się zapił i leżał w śniegu pod płotem, wieczorem w dniu, w którym Pan Robert przyniósł mu pieniądze. O tym, jak jego rodzina bawiła się wówczas na pięterku. O starszym, samotnym mężczyźnie, który zapraszał na kielicha, zawsze gdy przynosił mu przesyłki. Barwne jest życie listonosza pomyślałem.

Gdy o tym opowiadał, znów słyszałem ten jego głośny, dźwięczny śmiech, roznoszący się po całej knajpie. Jak kiedyś po korytarzu akademika. Chwilę mieszkaliśmy w jednym pokoju. Gdy zaczęliśmy biadolić nad piwem, jacy już jesteśmy starzy, do Pana Roberta podeszła kobieta, widziałem, że nam się przysłuchiwała. Podeszła i niskim głosem powiedziała, by się nie martwić, bo ona również ma trzydzieści pięć lat. Trochę nas postarzała, przy kieliszku winiaku klubowego źle obliczyła nasz wiek. A potem bajaliśmy o aktorach i aktorkach. Tych najstarszych, o teatralnej geriatrii, o Romanie Kłosowskim i Ninie Andrycz oraz o tym jak cudnie śpiewa Staszka Celińska.

Dlaczego o tym piszę? I co to wszystko ma wspólnego z teatrem? Pewnie niewiele. Może tą fastrygą są jedynie dwa wspólne lata na teatrologii? Dlaczego mówimy sobie na "pan"? Jakoś nigdy nie mieliśmy śmiałości przejść na "Ty". I niech tak zostanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz