piątek, 5 kwietnia 2013

Felieton: Kilka migotliwych spostrzeżeń po festiwalu w Sarańsku (2)


Kiedy Drogi Czytelniku ostatni raz oglądałeś w polskich teatrach jakikolwiek dramat symboliczny?

A kiedy widziałeś cokolwiek Bułhakowa, prócz postawionego naprędce "Mistrza i Małgorzaty" w chwiejącej się scenografii ze sklejki? Odpowiedz proszę. Jak myślisz, czemu grupka (naprawdę niewielka, uwierz mi) bije w bęben jednego rodzaju teatru? Oglądam około dwudziestu spektakli miesięcznie, niekiedy więcej. Podsumowanie sezonu napiszę w czerwcu, jednak już teraz chcę zasygnalizować to, co rzuca się w oczy. Albo obejrzysz na scenie rozpieprz całkowity, że nie wiadomo, o co chodzi, składaj sobie drogi widzu do kupy genialny pomysł reżyserski albo obejrzysz po bożemu, scenka po scence w realistycznych dekoracjach skleconą lekturkę. To tak najprościej, bo oczywiście są i mutacje obydwu typów. Dlaczego tak okrutnie zawęziliśmy sobie pole patrzenia? Precyzyjnie wycięliśmy skalpelem wątrobę, płuca i serce, a zostawiliśmy jedynie flaki. Inne estetyki, inne gatunki to na polskich repertuarowych scenach wyjątki. Są, są, istnieją, wiem, ale to niestety rzadkość. Na szczęście publiczność, w tym Ty Czytelniku wciąż chcecie oglądać aktorów w klasycznych rolach, w mądrym dramacie, zabawnej komedii.

Po prawdzie, to ze spektakli oglądanych przeze mnie dwa tygodnie temu na festiwalu w Sarańsku wyłania się również niewesoły obraz. Tam z kolei reżyserzy myślą realistycznie, a aktorzy grają psychologicznie. Dziadzio Konstantin uśmiecha się chytrze zza grobu. W "Ślepcach" Maeterlincka z ulianowskiego teatru najważniejsze są... role. Z kolei w koszmarnym białoruskim "Weselu Figara" najważniejszy element stanowią ładne stroje dam. Co tam wymowa sztuki, co tam współczesne odczytanie, ważne by krawcowa sobie poszalała.

Kiedy przeczytałem w programie festiwalu, że oto teatr z białoruskiego Homla zaprezentuje "Wesele Figara" Beaumarchais zachwyciłem się odważną decyzją. By w zniewolonym kraju rzucić się na dramat, który Napoleon nazwał "rewolucją w czynie". Opery Mozarta, z librettem na podstawie tego tekstu, zakazał grać Józef II, cesarz Wiednia. Bo to przecież pierwszy dramat, w którym sługa wskazuje panu co ma robić, rozkazuje mu. A za Figarem jak cień podąża orszak weselny. Co to za orszak? Toż to prosty lud. Figaro ma poparcie tłumu, a jego pan nie. Pachnie tu, aż nie do wytrzymania, przewrotem. Co jednak z tego zostało w odczytaniu reżysera-dyrektora białoruskiego teatru? Ano przedstawienie kostiumowe, szerokim gestem zagrane, w paru komicznych odsłonach. Zuzanna to chiochotka, hrabia Almaviva to stary zbok uganiający się za spódniczką. Kraina scenicznych chichów. Orszak Figara zamieniono na osiem dorodnych pannic w ludowych strojach, tańczących w przerwach między scenkami. Taki Zespół Mazowsze, tylko w wersji uboższej i białoruskiej. Zgroza.

Następnego dnia, o poranku zespół zasiadł naprzeciwko krytyków. Rozpocząłem publiczne omówienie spektaklu. Wytknąłem dokładnie to, co powyżej. Że jak wystawiać ten dramat to tylko w wiadomym celu, szczególnie pokazując go w kraju autorytarnym. Kamienne twarze naprzeciwko, pusty wzrok. Rosyjscy krytycy stwierdzili że im rewolucji "nie nada", a pan dyrektor teatru z Homla odparł, że to przecież ładny spektakl i nie rozumie, czemu mi się nie spodobał. Bo, jak dodał, teatr jest od tego, by bawić, a widz przychodzi się rozerwać. Na mój zdecydowany sprzeciw nie zareagował.

Tyle o Sarańsku. Stamtąd pojechałem nocą do Moskwy, gdzie zaprzyjaźnieni moskiewscy krytycy załatwili mi wejście na ostatni, wyreżyserowany przed śmiercią, spektakl Piotra Fomienki (w Moskwie, jak i u nas wiele spraw wciąż się "załatwia"). "Powieść teatralna" Michaiła Bułhakowa. Pełna sala teatru mającego ze trzydzieści lat. Aktorzy niestety z poprzylepianymi bokobrodami. Też efekciki takie, że szkoda słów. Mój ulubiony, to kot na długim drucie, imitujący prawdziwego futrzaka. Sporo tu grania z proscenium, zapadnia oczywiście uruchomiona. Ale i sporo niezłego humoru, błyskotliwych scen, choćby spotkania Maksudowa z dyrektorem Teatru Niezależnego. Jawnej ironii z Niemirowicza-Danczenki i Stanisławskiego. Tak, jak kiedyś umierałem ze śmiechu, czytając to nieukończone dzieło Bułhakowa, tak to wszystko wróciło teraz ze zdwojoną siłą. Bo przecież nic się nie zmieniło. Bo wciąż teatr od kuchni to te same problemy: rozhisteryzowane aktorki, oszukujący księgowi, nieodzywający się do siebie dyrektorzy. Gejów tylko jakoś tam nie ma. To chyba jedyna różnica. A! No i reżyserzy znali jednak rzemiosło. Taki drobiazg.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz