środa, 17 kwietnia 2013

Eric-Emmanuel Schmitt „Intrygantki”, Wydawnictwo Znak




Ściany nośne

„Intrygantki” Erica-Emmanuela Schmitta, wydane w tym roku przez Znak, to zbiór czterech sztuk: dwóch dłuższych i dwóch krótkich form. Sądząc po namiętnościach i Don Juanie w opisie oraz grafice i pompejańskim różu na okładce, tomik ten kieruje wydawca głównie do pań w średnim wieku. Długo więc chodziłem wokół tej książki, spoglądałem na nią nieufnie.

Pierwszym dramatem jest „Noc w Valognes”, tekst o Don Juanie. Onegdaj poderwane i porzucone kobiety zapraszają go na wieczorny raut. By się zemścić. Wieczór organizuje Księżna de Vaubricourt. Zbiera w jednym miejscu podstarzałe już panny różnych stanów, na przykład Hortensję de Hauteclaire, którą Don Juan uwiódł, a która w rozpaczy postanowiła pójść do zakonu. Zastanawiam się, jak można wystawić ten dramat, w którym Schmitt rozprawia się z facetem, który bezczelnie igrał z uczuciami? Na pewno nie w kostiumie, nie w manierze w jakiej został napisany. Zbyt wiele tu konkretu, zbyt mało oddechu, by cokolwiek wnieść więcej do pełnych treści zdań. Postacie są pełnokrwiste, zdarzenie ułożone jak u Czechowa. Wytniesz jedno, konstrukcja zacznie się niebezpiecznie chybotać. „Noc w Valognes” to dramat raczej do czytania niż do wystawiania. Bo co począć z całymi partiami wywodów, opisujących jaki to z tego Don Juana okrutnik? Co począć z dialogami, owszem, błyskotliwie napisanymi, w których uwodziciel bawi się, igra, kpi z młodej Angeliki de Chiffreville, podsuniętej mu przez leciwą księżnę. Ku zdziwieniu wszystkich, Don Juan zgadza się na ślub z nią, niejako znudzony ciągłą gonitwą, wyścigiem zdobywania dam. Boję się, że tym tekstem zachwycą się marni, twardogłowi reżyserzy i poczną wystawiać go w prowincjonalnych teatrach, w kostiumie.

W „Gościu” siedzącego w gabinecie, osamotniałego Sigmunda Freuda odwiedza Nieznajomy. Początkowo psychoanalityk sądzi, że to zbiegły pacjent szpitala dla umysłowo chorych. Potem jednak zaczyna wierzyć, że to szatan, diabeł. Gorzej: zaczyna wierzyć w siły nadprzyrodzone. A za oknem gabinetu, na ulicy marsze i krzyki nazistów, mamy wiosnę 1938 roku. Freud waha się, czy wyjechać z Wiednia, podpisać podsunięty mu przez hitlerowców glejt, w którym zarzeka się, że to nie przez nich zdecydował się uciec. W czasie przydługich rozmów o istocie nadprzyrodzonej, przesłuchiwana jest przez nazistów córka Freuda, Anna. Po co autorowi ten cały zabieg z widzeniem psychoanalityka? Ano, do dość prostej konstatacji, by pokazać, że nawet zatwardziały psychiatra może się nawrócić, jeśli tylko zechce. Że Bóg jest, nie jesteśmy sami na tym nie najlepszym ze światów.

Doskonałym tekstem jest krótki „Knebel” – monolog chłopaka, nosiciela HIV. Momentami może nazbyt ckliwy to utwór, oparty na paru chwytach, by wzruszyć czytelnika. Chłopak ma kłopoty ze wzrokiem, z systemem neurologicznym, a może po prostu jest zwykłym wrażliwcem, samotnikiem, wychowywanym w patologicznej rodzinie. Widzi lampkę, która przeobraża się w kapelusz a potem w baobab, sufit nad nim pęcznieje a motyka zaczyna się skręcać. Jego matka przesiaduje ze zbolałą miną przy łóżku, czekając raczej pogorszenia choroby, niż poprawy. Kpi Schmitt z ludzi, którzy rosną we własnych oczach, pomagając chorym z czystego egoizmu. Chłopak dowiaduje się od lekarza, że zostało mu już tylko kilka miesięcy życia. Zachorował, złapał HIV. Wprawdzie nie pada konkretnie, jaka to choroba, ale najpewniej właśnie o HIV pisze Schmitt. Wirusa młodzieniec złapał latem na wsi, od drwala. Rodzice wypierają tę informację, nazywają HIV „jego chorobą”. Schmitt zagęszcza emocje w monologu, gdy chorego odwiedza pracownik fizyczny, dawca wirusa. Pisze o zwierzęcej potrzebie bliskości: „usta ściągnięte skurczem, najeżona sierść i spocona skóra wstrząsana dreszczami”. „I wtedy, żeby uciszyć mój krzyk, przyciskał do moich ust swoje usta jak knebel”. Kiedy chłopak umiera, jego partner szepcze mu do ucha, że wkrótce się przecież zobaczą. „Cierpienie to sprawa wyobraźni”, nie bólu. W cierpieniu ważny jest bliźni (celowo używam chrześcijańskiej nomenklatury słownej), który ukoi ból, zadziała jak knebel.

Ostatni tekst to raczej dowcip autora, o Diable, któremu doradcy mówią co ma począć, by kolejnymi grzesznikami zapełnić piekło. Jakie intrygi podjąć, by jeszcze więcej osób mogło zgrzeszyć. Proch, armaty i bomby atomowe to zbyt mało, podpowiadają doradcy. Należy zmienić rozumienie zła, szatan musi zniknąć z języka, musi pojawić się relatywizm. Czyniąc zło, ludzie zaczną wspominać o drobnych przewinach, złej ocenie sytuacji. Ziemian nie interesuje przecież moralność, potrafią usprawiedliwiać zło czynione w imię rzekomego pokoju. Rację ma tu Schmitt. Wystarczy choćby poczytać relacje prasowe usprawiedliwiające napaść na kraje arabskie, milczenie, gdy nie znaleziono bomby atomowej w Iraku, czy ukrywanie newsów dotyczących bombardowań wesel w Afganistanie i Iraku przez wojska pełniące tak zwaną „misję stabilizacyjna”. Doradcy Diabła wymyślają więc pragmatyzm, doktrynę dzięki której człowiek będzie mógł usprawiedliwiać czynione zło, rozpętywanie wojen. Uderza też Schmitt w psychologizm. Człowiek przecież lubi się usprawiedliwiać – pisze – lubi mówić, że to nie on czyni zło, ale jego nieświadomość. Oczywiście, sporo tu uproszczenia, potrzebnego autorowi w tej w sumie pociesznej opowiastce o Diable. Na koniec Diabeł wysyła na Ziemię trojkę myślicieli pod postacią małych dzieci. To one przyniosą ludzkości czyste zło.

Wielki sukces wydawniczy tekstów Erica-Emmanuela Schmita oparty jest na wzruszeniu czytelnika. Jak najmocniejszym, do granic. Z łez zebranych po lekturze tych kilkunastu już przetłumaczonych na język polski tomów zabrałoby się wielkie jezioro. I w zasadzie nie ma w tym nic złego, że użalamy się nad cierpiącym chłopcem, a Oskar i pani Róża moralizują, każąc się poprawić, stać się dobrym człowiekiem. Tyle tylko, że w tych w sumie zgrabnie napisanych dramatach widać wyraźnie warsztat pracy. Oto autor najpierw wynajduje zdanie, formułkę, najlepiej umoralniająca i wokół niej buduje resztę. Takie nieotynkowane ściany nośne doskonale są widoczne w nieźle skonstruowanych tekstach. A może ja się zwyczajnie czepiam? Może najważniejsze, że te proste, emocjonalne, sprawnie napisane historie wciąż znajdują czytelników? Przecież sam się do nich zaliczam.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz