środa, 6 marca 2013

"Wszyscy święci. Zabłudowski cud" w reż. Piotra Tomaszuka, Teatru Wierszalin z Supraśla

"Wszyscy święci. Zabłudowski cud" Piotra Tomaszuka, Teatr Wierszalin


Dobrze, kiedy teatr położony w małym mieście zajmuje się lokalnymi historiami. A właśnie podlaską, a dokładniej zabłudowską historię postanowił pokazać Piotr Tomaszuk w swoim Teatrze Wierszalin w Supraślu.

Niemal pięćdziesiąt lat temu, na polach obok małego miasteczka Zabłudów widzenie miała młoda dziewczyna, Jadwiga. Z treści przedstawienia "Wszyscy święci. Zabłudowski cud" wynika jasno, że jej wyobraźnia pobudzona została przez księdza, który prócz kilku innych tak zwanych "niestosownych czynności", opowiadał jej o Fatimie. W efekcie dziewczynce rzekomo zjawiła się Matka Boska. Tłum prostych mieszkańców z okolic uwierzył, zebrał się na polu, czekał kolejnego przyjścia Świętej Panienki. Sprawa zabłudowskiego cudu dotarła do PRL-owskich dygnitarzy, którzy nielegalną demonstrację postanowili spacyfikować służbami ZOMO.

Piotr Tomaszuk pracował na IPN-owskich źródłach, niewielu relacjach, kilku zdjęciach i filmach, co ciekawe wszystkich nakręconych przez SB. Stworzył pierwotnie formę otwartą, pokazał work in progress, po którym zorganizował rozmowę. To na niej okazało się, że opiekun sędziwej dzisiaj Jadwigi przedstawia inne fakty. Nie ma mowy o żadnym cudzie, słusznie nieuznanym przez Kościół Katolicki. W tle tej historii jest ciąża, klasztor, zakłamany, obojętny kler, dramat młodej dziewczyny.

Wyszedł powiedziałbym, dość zgrabny spektakl, oczywiście w poetyce Tomaszuka (chyba już niestety niezmiennej), snującej się, wolno rozwijanej nici. Ale kilka obrazków jest naprawdę ładnych, choćby klamra – rok 1968 i kontrola celna na Okęciu. Celnik prowadzi kontrolę osobistą prokuratora zajmującego sie niemal trzy lata temu rzekomym cudem zabłudowskim. Odkrywa przedwojenną fotografię pola pod miastem, na nim żydowską świątynię (podczas wojny zburzoną), gdzie tłum ścierał się z ZOMO. Prokurator o żydowskim pochodzeniu dostaje stempel w paszport w jedną stronę, bez powrotu. Są też sceny mocne, konkretne, jak choćby ta z działaczem, kacykiem partyjnym, rozkazującym by milicjantów przed "akcją" poić wódą. Czy wreszcie sprawa TW, "szczura" w diecezji, którego poszukuje biskup. Zdumiony odkrywa, że jest nim bliski mu ksiądz. Wątków w "zabłudowskim cudzie" jest kilka, niekoniecznie powiązanych, przecinanych multimedialnymi pokazami dokumentów IPN-owskich.

Złośliwi powiedzieliby, że Tomaszuk postanowił kontynuować niechlubną tradycję spektakli teatru telewizji, opartych o IPN-owskie teczki. Nie zgodziłbym się z tym pozornym podobieństwem. Owszem, skompromitowana Scena Faktu też rzekomo rozliczała komunistyczną przeszłość, wyciągała zapomniane zdarzenia z lat powojennych. Różnica polega na tym, że po pierwsze wartość artystyczna "zabłudowskiego cudu" jest o wiele pięter wyższa, po drugie Tomaszuk stawia pytania i nie stawia się w roli wszechwiedzącego demiurga. A Scena Faktu jak pamiętamy, dawała tylko jednowymiarowe, ostre odpowiedzi, nie szukała szarości, nie stawiała diagnoz.

2 komentarze:

  1. Ale, czy o cokolwiek chodzi? Pomijając 'panoramiczny' ogląd PRL-owskiej rzeczywistości.
    I czy od tych, nie odległych przecie przesadnie czasów, zmieniło się znacząco ? A artyści, jak im 'wyszło' ? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Aktorzy jak zwykle świetni. Na resztę, zasadnych zresztą Pani pytań wolałbym nie odpowiadać. To, że o czymś nie pisze też jest znaczące;-) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń