wtorek, 19 marca 2013

„Podróże Guliwera" reż. Silviu Purcărete, Narodowy Teatr im. Rada Stancu w Sibiu, 19. Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi. Recenzuje Karolina Moszkowicz




Silviu Purcărete wziął na warsztat znany większości tekst Jonathana Swifta „Podróże Guliwera”, łącząc go z fragmentami „Skromnej propozycji” tego samego autora. Stworzył spektakl, który można określić terminologią „z zeszytu młodego chemika”– ni to kwas, ni zasada, a w efekcie końcowym musimy się zmierzyć z małym wybuchem.
Choć przypuszczam, że reżyser nie używał żadnych substancji chemicznych, to ja – będąc widzem – lekko wrzałam. Wrzały we mnie emocje, kłóciłam się z samą sobą i do końca spektaklu, a może nawet dzień później, nie byłam pewna czego doświadczyłam. Purcărete wyciągnął z obu tekstów to, co w nich najbrutalniejsze i przedstawił obraz ludzkości zdegenerowanej, odczłowieczonej. „Podróże Guliwera” rozpoczynają się od ostatniej fazy wypraw Guliwera – dotarcia do krainy Yahoosów, postaci ludzkich – wyrachowanych, agresywnych. Miejsce to jest także domem koni Houyhnhnmi, które są zupełnym przeciwieństwem wulgarnych i otępiałych Yahoo. Na scenę wprowadzony jest żywy koń, zaprezentowany widowni niczym na wybiegu przed wyścigami, po czym zaraz z owej sceny zostaje sprowadzony. Choć czasem uważam, że nie wszystko w teatrze musi być „po coś” – tu zupełnie nie mogę zrozumieć celowości tego zabiegu.
Po prezentacji zwierza rozpoczyna się kolejna scena, jakby w ogóle nie związana z tym, co przed chwilą się wydarzyło. Bardziej niż z jednolitą całością mamy do czynienia z powyrywanymi z kontekstu wątkami, splecionymi ze sobą jedynie w warstwie znaczeniowej – spektaklowi brakowało linearności i spójności, trochę jakby dać widzowi pilota i pozwolić przeskakiwać między wątkami. Poszczególne sceny są dopracowanymi i dopieszczonymi perełkami. Oglądamy na przykład taniec szpitalnych łóżek, którymi w genialny sposób animują aktorzy, czy ciekawe wykorzystanie teatru cieni (postaci raz są liliputami, raz olbrzymami, dzięki prostemu zabiegowi oddalania i przybliżania się do światła – widzimy na przykład jak nagle ludzie zmieniają rozmiar, unoszą się w powietrzu na parasolu czy też, mówiąc kolokwialnie, są podnoszeni za fraki przez większych od siebie). Zaś gra aktorska, synchronizacja scen zbiorowych i tempo całego spektaklu są na wysokim poziomie. Kunszt licznego (aż siedemnastoosobowego) zespołu aktorskiego znakomicie widać w momentach, w których aktorzy zmieniają role – w jednej chwili są pacjentami szpitala, w innej japiszonami, a zaraz potem kurtyzanami. Jedynym elementem constans była scenografia, zmieniająca jedynie swoje zastosowanie, poprzez dodawanie lub usuwanie poszczególnych rekwizytów.

Dzięki surowej przestrzeni, przypominającej pomieszczenie przygotowane do przeprowadzenia remontu (przez zawieszone folie ochronne), mocno wybrzmiewa to, co reżyser chce wyrazić tym spektaklem. Przypomina on, że tekst Swifta to satyra na gatunek ludzki, nie bajka dla dzieci (choć to podobnie jak z „Małym księciem” – czytając tę książkę za młodu znajdujemy zupełnie inne treści, niż potem, po wielu latach). Reżyser przez cały spektakl nie daje zapomnieć, że jesteśmy bliscy upadku człowieczeństwa. W spektaklu matki sprzedają swoje niemowlęta, inni te niemowlęta jedzą, kobiety oddają się za pieniądze i zabijają swoich klientów, a korporacyjne hieny w końcu skaczą sobie do gardeł.

Czuć, że wizja świata wg. Swifta jest pretekstem do wyrażenia przez Purcărete własnych, choć podobnych do autora sądów. W samym spektaklu tekstu jest mało, poszczególne zdania są tylko komentarzami do tego, co dzieje się na scenie. A dzieje się sporo. Mały chłopiec w szpitalnej pidżamce, siedząc na koniku na biegunach czyta o upadku człowieczeństwa, o nieludzkich zachowaniach Yahoo. Kobieta rodzi dziecko nad wiadrem, leje się teatralna krew, a zaraz po odcięciu pępowiny dziecko ląduje na stole, sprzedane za kilka banknotów. Karierowicze mizdrzą się do publiki, lecz kiedy nie przynosi to żadnego efektu – rzucają się na siebie w stylu braci Kliczko. W jednej z drastycznych scen słyszymy z offu głos samego reżysera. Utożsamia się on z Guliwerem, jedyną postacią, która nie umie pogodzić się z zachowaniem Yahoo, z ich brakiem właściwych autorytetów. Mówi o ich upadku moralności, zwierzęcych odruchach czy też kanibalistycznych popędach.

Odpowiadając na pytanie, które zadałam sobie wcześniej – czego byłam świadkiem? Byłam świadkiem wizji zdegenerowanej, prymitywnej, zwierzęcej twarzy człowieka, jego upadku moralności. Byłam świadkiem spektaklu poprowadzonego dobrze, mądrze – dzięki kontrastom, pomieszaniu scen komicznych (pojawienie się na scenie dwóch szczurów ludzkich rozmiarów, walka prostytutek na wzgórzu o klientów – gdzie aktorki grające prostytutki były animowane przez aktorów stojących za nimi. Dłonie mężczyzn pełniły tu rolę rąk prostytutek, natomiast dłonie samych aktorek „grały” nogi tychże kurtyzan, co całościowo było mocno absurdalne, lecz zabawne) ze scenami drastycznymi (na przykład wspomniane przeze mnie wcześniej jedzenie dziecka). Całość dopełniała się i broniła znaczeniowo, do czego również przyczyniła się świetna gra aktorska niemalże całego, dość młodego zespołu. 

Chociaż „Podróże Guliwera” były tylko pretekstem do powstania spektaklu, a leitmotivem tego przedsięwzięcia był obraz upadku ludzkiej moralności, wypowiedź Purcărete wybrzmiewa mocno, a sam spektakl jest czytelny i niewiele mogę mu zarzucić. To spektakl dla osób myślących, zastanawiających się nad stanem świata i społeczeństwa. „Podróże Guliwera” w wykonaniu teatru z Sibiu to spektakl zaskakujący formą, zostawiający pole do interpretacji (dla znających teksty – reinterpretacji), nafaszerowany teatralnymi trickami (chociażby wspomniany teatr cieni). Purcărete chce, stosując mocne środki wyrazu, by jego dzieło nas uwierało, zmusiło do zatrzymania się i chwili zamysłu nad samym sobą, nad stanem społeczeństwa, w którym żyjemy. Czy mamy jakieś autorytety, czy są one słuszne? Jaki jest stan naszej moralności, jakimi zasadami się kierujemy? A może w naszym życiu brak zasad i wcale nie jesteśmy lepsi od Yahoosów?

Podczas rozmowy po spektaklu Łukasz Drewniak powiedział, że „są teatry w Polsce, z których ludzie wyszliby w trakcie tego przedstawienia oburzeni... ”. I sądzę, że miał rację. Można było inaczej przekazać te same treści. Równie mocno, ale może ciut smaczniej, chociażby bez krwawego porodu na scenie. Z Powszechnego nikt nie uciekł, jednak dało się zauważyć, że niektórzy byli blisko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz