środa, 13 marca 2013

"Pakujemy manatki" w reż. Artura Tyszkiewicza, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie

rys. Małgorzata Majewska http://malgosiamajewska.carbonmade.com/

Siedzą stłoczeni w klitkach zbudowanych z pogiętych, przystosowanych blach autobusowych. Jakby wybudowali te swoje domki na śmietniku, wysypisku. Kilkanaście postaci, w rożnym wieku, połączonych rodzinnymi więzami albo jakoś tam skoligaconych. A każdy z nich nieszczęśliwy, niespełniony, pokraczny jeśli nie fizycznie to połamany psychicznie. Brzydkie te ich domki, brzydkie sprzęty w domkach, brzydcy oni. Przez dwie i pół godziny podglądamy ich na scenie lubelskiego teatru. Wypełzają ze swoich nor, spotykają się najczęściej na pogrzebach. W zasadzie dwie są drogi ucieczki z tego „lumpenzbiorowiska” (przewrotny tytuł spektaklu: „Pakujemy manatki”): do piachu – wówczas tłum zbierze się na proscenium, przemowę wygłosi wyznaczony spośród nich mówca, lub wyjazd zagranicę.

Artur Tyszkiewicz – reżyser spektaklu – opowiedział mądrą, ważną historię autorstwa Hanocha Levina, choć z prostym wydawałoby się przesłaniem: po życiu, jakiekolwiek ono jest, przychodzi śmierć. O! I tyle! Malując dość realistycznie ten sceniczny obrazek, zapomniał niestety równie realistycznie ustawić aktorów. I to mi chyba najbardziej w lubelskim spektaklu przeszkadza. Zespół Teatru im. Osterwy został przez dyrektora w ostatnich dwóch sezonach zmieniony, sporo przybyło nowych twarzy. Problem w tym, że zostali tu obsadzeni niejako po warunkach, po emploi, po aparycji. Ale nie to razi najbardziej. Każda z postaci malowana jest jednym kolorem, grana jednym pomysłem. I o ile niemal nigdy nie krytykuję aktorów, tak tu uważam, że to głównie oni (szczególnie młodsza część zespołu) są odpowiedzialni za efekt końcowy: za brak pogłębienia, puste, pozbawione intencji i motywacji jednowymiarowe postaci. Elchanan (Przemysław Gąsiorowicz) to mężczyzna marzący o wyjeździe, mieszkający z matką, uzależniony od usług prostytutki, u niej wydający swoje zarobione na Szwajcarię pieniądze. Tyle, nic więcej, choć rola to ogromna. Nina (Halszka Lehman) gra pannę rodem z VIVY, typ jemioły polującej na ustawionego faceta, byle uciec z baraków. Lehman przerysowuje postać, tworzy brokatową lalę. Przykre, że gra, bym rzekł, „po prostu”. Jak wyglądam w kostiumie – tak zagram. Zigi (Daniel Dobosz) ma zagrać jąkałę, postać połamaną, nieszczęśliwie zakochaną, niepotrafiącą skomunikować się z kobietą, w efekcie faceta lądującego w ramionach geja. Postać, która wyjechała i... wróciła. Jedyną taką w tej sztuce. Co z tego, skoro na jąkaniu się kończy. Raz dowcipnym, raz mniej. Jego okrzyk „Świnie!” ma przejąć, ma pokazać zbolałego faceta, któremu się nie udało. A brzmi jedynie komicznie. Cypora grana przez Martę Ledwoń jest gruboskórna, nieco tępa, typ żony rodzącej dziecko za dzieckiem. Ledwoń jest zdolną aktorką, pamiętam jej nie tak dawną rolę Generałowej w „Płatonowie”. Przykre oglądać pohukującą aktorkę w bluzie dresowej z wypchanym brzuchem, z dąsem na twarzy. Dlaczego nie próbowała zagrać tej podskórnej rozpaczy, tego smutku, kiedy widzi, że coraz mniej osób stoi na kolejnym pogrzebie. Że świat wokół niej pustoszeje? A kolejne przykłady mógłbym mnożyć, szczególnie spośród młodych aktorek i aktorów.

Pakujemy manatki” to spektakl złożony z pytań. Za pozornie śmiesznymi scenkami stoją pytania o motywacje, o powody zachowań postaci. Dlaczego babcia Bobba (sugestywna Nina Skołuba-Uryga), wywożona do domu opieki, za każdym razem wraca? Co wiąże ją z kontenerową przestrzenią małych domków zbitych ze złomowanych autobusów? Co znaczy dla niej zakorzenienie? Starzy zostają bądź umierają, młodzi wyjeżdżają. Starzy wspominają i cierpią jak Henia Gelerntner
(Anna Świetlicka
– jedna z niewielu postaci, które rozumieją w czym grają).

Pakujemy manatki” to rozciągnięty przestojami, „nicniedzianiemsię” spektakl o tak zwanych „normalsach”. Tyszkiewicza opowieści o ludziach typowych, powszednich, żadnych, których mijamy na ulicy, którzy potrącają nas w sklepie. Przedstawienie rozwija się nieśpiesznie. A w pierwszej części wlecze się jak... życie. Kolejne pogrzeby, wyjazdy oglądamy przy dźwiękach muzyki granej na żywo na... tubie. Podoba mi się zamysł Tyszkiewicza, udana próba pokazania gorzkiej egzystencji, wzięcia pod mikroskop małej społeczności, przyjrzenie się ich pokurczonemu „żyćku”. Podoba mi się odwaga sięgania po ten właśnie dramat Levina. I z niecierpliwością czekam kolejnej premiery: „Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł” Pawła Demirskiego. Mam nadzieję, że zobaczę zespół aktorski starający się nieco bardziej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz