środa, 13 marca 2013

"Morrison/Śmiercisyn" w reż. Pawła Passiniego w Opolskim Teatrze Lalek


W centralnym miejscu sceny, na podłodze w biało czarne kwadraty, ustawiono wannę. Taką ze "Śmierci Marata". To właśnie w wannie znalazła martwego lidera grupy The Doors, Jima Morrisona jego partnerka Pamela Courson. Paweł Passini, reżyser spektaklu "Morrison/Śmiercisyn" pokazywanego w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora, zabiera nas w oniryczną podroż po snach, po narkotycznych wizjach Morrisona. Prowadzi przez jego życie: od wydostania się z dusznej rodzinnej atmosfery, przez podróż na sam szczyt amerykańskiego snu o potędze. Aż po śmierć. Bo głównie o śmierci to spektakl.

W wannie siedzi Jim Morrison (Sambor Dudziński). Scena tonie w mdłym świetle, z głośników leci "Unhappy girl". Cztery plany sceniczne podzielone zostały przezroczystą tkaniną, oddzielone od widowni. Pamela, wyciągając ciało Jima z wanny, próbuje złapać z nim kontakt. "Ile jest warta sława pośmiertna?" - pyta. W tle przechodzi matka Jima, zbliża się do wanny, czyta fragmenty jego tekstów. Nie rozumie ich, czyni mu wyrzuty. Po prawej siedzi manager z wytwórni płyt. Przyjmuje młodego muzyka, każe mu być... niegrzecznym, jak Morrison, wyzywającym i niepokornym. Publiczność, rynek pragnie więcej Morrisonów. Pamiętamy, że kilku kolejnych popkultura przez ostatnie czterdzieści lat wykreowała. Młody muzyk, by zaistnieć, zdobyć popularność musi stać się Jimem. Dlaczego akurat Jimem? "Od czego świętym jest Jim Morrison?" - pyta. W kanonie świętych Ameryki co dziś symbolizuje, jakie treści?

Pierwszy poeta, muzyk, który się zbuntował, który "żył szybko". Początkujący wokalista, nasłuchawszy się wskazówek managera, wraca do pozostałych członków zespołu, którym anonsuje, że oto od dziś mają stać się nowymi Doorsami. Bardzo niegrzecznymi, bo muzyka bez legendy sprzedaje się tylko w windach. Oni mają się zbuntować. To dzisiaj klucz do sukcesu. Siadają i zastanawiają się wobec czego mieliby się buntować. Żaden pomysł nie pada. Wokalista czyta więc z kartki: "tato chcę cię zabić, mamo chcę cię pieprzyć". I zaprasza widzów, by podeszli do mikrofonu i wykrzyczeli te słowa. Bunt skrojony na miarę czasów. Przed mikrofonem, po kolei stają członkowie zespołu i wykrzykują ten zmyślny tekst. Odwzorowane, przedstawiające ich samych małe marionetki wdrapują się na muzyków. W tle przechadza się naga personifikacja śmierci: młoda dziewczyna z maską wenecką na twarzy. Jim, przy mdłym świetle, zmienionym, dziecinnym głosem, opowiada swój sen, w którym spada.

Porywa forma tego granego na małej scenie przedstawienia. To teatr, nazwałbym go, totalny. Reżyser miesza plany, rytmy, dzięki multimediom małe dziecko wyświetlane jest na wannę. A w tym wszystkim zagubione marionetki, aktorzy grający na kilku planach. Passini łamie strukturę spektaklu, wprowadza postaci z popkultury. Poetyzuje wiele scen poprzez zmiany tempa, puszczone wizualizacje. Światło w "Morrison/Śmiercisyn" to jeden z głównych środków wyrazu. Tworzy przestrzenie, klimat, kieruje uwagą widza. Rozmowa Pameli (Helena Sujecka) z Dannym (świetny Łukasz Bugowski), managerem Doorsów, przy wannie. Oboje uczestniczyli w paryskiej, ostatniej imprezie Jima. Chwile później, z lewej wchodzi strażnik, animujący białym psem. Pamela zaczyna śpiewać. Ciemnymi kolorami, karminowym, granatowym światłem kieruje reżyser percepcją widza, skupia jego uwagę. Funkcjonujemy w czymś na kształt snu, narkotycznej wizji. Dookoła wanny ustawiane są białe ludzkie korpusy z okrągłymi lusterkami zamiast głów. Wchodzą postaci z "Czarnoksiężnika z krainy Oz": Tchórzliwy Lew, mechanicznie poruszający się Blaszany Drwal i Strach na Wróble. To przepiękna scena, prowadzona na trzech planach. "A co się dzieje, kiedy nie ma już oddechu?" pyta Morrison, zapowiadając niejako swoją śmierć. Przeczuciem śmierci, zapowiedzią końca przepełniony to spektakl. Jim podchodzi do strażnika, chce przejść przez niewidzialne drzwi, dojść do granicy, przebić się - jak mówi - na druga stronę.
Akcja przyspiesza: Morrison znów rozmawia z nagą dziewczyną, śmierć rzuca nim po proscenium, strażnik wciąż nie chce go przepuścić, Pamela krzyczy. Stop. Cisza. Jim zostaje sam na scenie. W końcowym monologu prosi, by widzowie wyszli, zostawili go samego. Taki półprywatny jest w tej scenie Sambor Dudziński - lalkarz, choć przez ostatnie lata znany głównie z tworzonej do spektakli muzyki. Przed rozpoczęciem przedstawienia siedzi w foyer i z pasją wali w instrumenty perkusyjne, patrzy w obłąkaniu widzom prosto w oczy. W tej końcowej scenie Jim znów zwraca się wprost do widzów i mówi; "Nie mam już nic do pokazania. Nic do powiedzenia. Idźcie spać! Idźcie się kochać! Idźcie się pierdolić! Idźcie stąd! Chcę się zabić. Mogę się zabić w spokoju?" Mówi to już zrezygnowany, poddany, już o krok od śmierci.

2 komentarze:

  1. Sztuka Morrisona na deskach teatru ? Od zawsze marzył mi się taki spektakl, szczerze zazdroszczę możliwości obejrzenia - obsesyjnie zakochana w muzyce The Doors :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Koniecznie prosze pojechać do Opola. I napisać mi jak wrażenia:-)

    OdpowiedzUsuń