piątek, 29 marca 2013

Felieton: Kilka migotliwych spostrzeżeń po festiwalu w Sarańsku (1)


Siergiej, dyrektor festiwalu, zapraszając mnie pół roku temu, dodał, że robią tę imprezę w zasadzie blisko Moskwy, takie jej przedmieścia, tylko 600 kilometrów. Na Międzynarodowy Festiwal Teatralny „Rodacy” zapraszane są zespoły z reguły spoza Rosji, z krajów, które terytorialnie kiedyś należały do wielkiego imperium. Do dziś działają tam rosyjskojęzyczne zespoły.

Codziennie od 11 rano (de facto od 8, dzięki trzygodzinnej różnicy czasu) wraz z moskiewskimi krytykami omawiałem poszczególne przedstawienia, starając się dość szczegółowo wykazać wszelkie wady i zalety wieczornych, wczorajszych prezentacji. To już kolejny festiwal na Wschodzie, podczas którego zachwyca mnie ta formuła omówień. Pozycja krytyka teatralnego jest tam o wiele wyższa niż u nas. Polscy recenzenci gazet codziennych przez lata naskórkowo traktowali spektakle, pisali po macoszemu o swoich gustach lub rozpętywali środowiskowe wojenki, zamiast rzetelnie omówić przedstawienie. Jeden latami walczył piórem z dyrektorem Narodowego, inny w środowisku zwany „żyletkarzem” tak się zapienia przy każdej recenzji że pióro niesie go w odmęty szalonej krytyki wyglądu reżyserek czy aktorek. A każdy z nich chce odkryć i nazwać nowe pokolenie, patronować tomikowi dramatów, ciągnąć za uszy średniej klasy dramatopisarza o obco brzmiącym nazwisku. No, tak to u nas jest, skrupulatnie tłumaczyłem to moim rosyjskim przyjaciołom. W Rosji przeciwnie. Otrzymałem pismo teatralne, miesięcznik, w którym recenzje to rzetelne opisy tego co dzieje się na scenie. W tych tekstach recenzent jest niejako przewodnikiem dla czytelnika, tłumaczy sensy spektaklu. Dostałem też tygodnik „Trybuna”, który na czterech, sporego formatu stronach zamieszcza premiery filmów, spektakli dramatycznych i baletowych, inkrustuje je wywiadami.

Ale wracając do porannych omówień. Zamierzam je polecać dyrektorom festiwali, bowiem zauważyłem, że ta formuła zwyczajnie się sprawdza. Reżyserzy o swojej pracy mogą kilka dni po premierze przeczytać artykuły w gazetach, nie mają jednak możliwości usłyszeć i odpowiedzieć na krytyczne zdania recenzentów. Taka rozmowa wymaga mądrości z obydwu stron. Polscy krytycy nie powinni opowiadać o swoich gustach a rozświetlać ważne momenty w spektaklu. Potrafią przecież recenzować gatunkowo. Dramat Czechowa postawiony klasycznie porównać do innych stawianych klasycznie; kostiumowe „Wesele Figara” zrecenzować jak spektakl kostiumowy. Rosyjscy recenzenci widzą różnice, nie porównują i nie stawiają obok siebie spektakli ulicznych, o zacięciu społecznym obok psychologicznych dramatów. W naszym kraju niestety coraz rzadziej o teatrze piszą absolwenci studiów teatrologicznych, na których uczy się konwencji, uczy się opisu roli, oddzielenia poszczególnych warstw przedstawienia.

W Sarańsku nie oglądałem wielkich spektakli o politycznym, czy społecznikowskim zacięciu. Pokazano sporo przedstawień estetycznie zakotwiczonych w myśleniu lat osiemdziesiątych, takie gorsze spektakle Andrzeja Dziuka czy Krzysztofa Jasińskiego. Dwa mnie zachwyciły: realistyczny „Wujaszek Wania” z odeskiego teatru i pełni symboli „Ślepcy” z Uljanowska.

W Rosji jeszcze nie ukazał się jeszcze „Teatr postdramatyczny” Hansa-Thiesa Lehmanna. Studenci i krytycy czytają tę książkę we fragmentach tłumaczonych dla własnych potrzeb lub w oryginale. Jeszcze nie tworzy się powszechnie przedstawień, w których tekst mógłby być kompilacją różnych dramatów, fragmentów scenariuszy telewizyjnych, reportaży. Owszem, adaptując, tnie się, skraca, ale raczej po to, by uzyskać ekstrakt sensów zawartych w dziele autora. Realizatorzy przedstawień podążają się za myślą pisarza. Krytycy, co zauważyłem, też zwracają uwagę na to, czy reżyser był wierny autorowi. Jeśli nie był, to źle. Uwspółcześnianie kojarzy się z lataniem po scenie na golasa. Najgorsze spektakle minionych lat to, jak tłumaczyli mi rosyjscy krytycy, „gościnne występy tego Włocha, modnego takiego”. „Castelluci?” – zapytałem. „No, da, da – plochyj, sowriemiennyj”.

W ukraińskim spektaklu w reżyserii uznanego rosyjskiego reżysera starszego pokolenia Leonida Kheifetsa, urzekła mnie gra aktorska. Na Wschodzie aktorzy potrafią zagrać Czechowa realistycznie tak, że dech zapiera. Wojnicki, dowiedziawszy się o rozporządzeniach testamentowych Sieriebriakowa, w salonie pełnym ludzi zastyga siedząc na krześle. Ma martwą, stężałą twarz, wokół panuje cisza. Taka długa, nieznośnie ciągnąca się pauza, podczas której każda sekunda przygotowuje podłoże pod wielki wybuch. Taka cisza, że słychać by było szmer myszy w kącie. Taka pauza, której dawno nie doświadczyłem w polskim teatrze. Kheifets pauzami rozciągał nudę, ukazywał niespełnienie pomieszane z wielkimi aspiracjami postaci w tym dramacie. Pokazał tych pokracznych ludków we wszystkich brzydkich kolorach. Bo u Czechowa przecież nie ma postaci inteligentnych. Są niezrealizowani, tęskniący zwykli obywatele. Brak im mądrości najczęściej. W Polsce potrafi to niekiedy pokazać jedynie Agnieszka Glińska, a tam co drugi reżyser. Wejście Wojnickiego z bronią palną jest już tylko prostą konsekwencją wybuchu, potoku słów, którym zalewa Sieriebriakowa. Wojnicki gra w oddaleniu od reszty. Jak siada, to zawsze z boku. „Piękny to dzień na samobójstwo” mówi lekko, jakby określał kolor kwiatów, które za chwilę przyniesie Helenie. Spóźniony. Zastaje z nią Astrowa, w gorącym uścisku. Staje jak wryty, powoli odwraca głowę, smutny komik. W tych momentach widz ma ciarki, jest siła słowa, siła sceny, prostych rozwiązań. Kiedy znów zobaczę spektakl prostych rozwiązań? Kiedy znów tak zachwyci mnie gra aktorska?

2 komentarze:

  1. Ojej, ale im zazdroszczę. Ale zazdroszczę i tobie Mierniku. Pod obydwoma końcowymi pytaniami podpisuję się i... czekam. A nóż ? :)

    OdpowiedzUsuń