piątek, 8 marca 2013

Felieton: Białoruś w pięciu smakach


Kwaśna jak miny celników na przejściu granicznym. Jak zakąska z kiszonej w całych główkach kapusty, idealna do gorzałki. Niestety ciepłej gorzałki. Pitej codziennie w sytuacjach formalnych i nieformalnych. Pitej z aktorami, z burmistrzami, z rosyjskim konsulem w sytuacji mocno pofestiwalowej. Kwaśna jak smród potu zmieszanego z wypoconym wczorajszym alkoholem. Upał, skwar z tych takich lejących się, lepiących koszulę do ciała. Wschód kraju, pierwsza połowa lipca, samo południe. Wyszliśmy z samochodu, za chwilę mamy podejść do budynku wiejskiej szkoły, puścić dzieciom polskie filmy animowane. Przed szkołę wychodzi tak zwana oficjalna delegacja, dwie dziewczynki w wieku podfruwajkowym, ubrane w stroje ludowe, kolorowe wstążki we włosach, z chlebem i solą w rękach. Tak nas witają, przybyszów z sąsiedniego kraju, którzy przyjechali pokazać kawałek polskiej kultury w kołchoźniczym rejonie. Dziewczynki są na obozie, takich koloniach. Filmy lecą, sala pełna, mała i duszna. A pani kierowniczka bierze pod rękę i do gabinetu prowadzi i polewa. Do śniadania polewa.

Słodka jak hiciory łomoczące z bazarów, jak disco-łupanka z klubu festiwalowego. Potupajka do 2 Unlimited i Ace of base w 2012 roku robi wrażenie nawet na wciętym tancerzu z Polski. Słodka jak owoce z sadu, jak jogurty i cukierki. Jak słodki był smak dzieciństwa, jeszcze bez barwników i konserwantów, jak słodka była marmolada z bloku, cięta nożem przetartym szmatką, bo wcześniej krojono nim żółty ser.

Gorzka jak zgorzknienie obywateli. Jak szarość jesionki wąsatego pana, snującego się wzdłuż wielokilometrowego jaskrawo-kolorowego płotu Aleksandrii, wioski dzieciństwa prezydenta Łukaszenki. A płoty tam niejako podwójne, bowiem prócz tych zbitych ze sztachet jest jeszcze, bliżej szosy, płot dla wszystkich, identyczny. Czysty i wielobarwny. Gorzka jak ceny i zaduma matki, która stoi przede mną do kasy, i zastanawia się czy kupić paczkę karmelków, czy już nie wyrobi finansowo. A dzieciak ma duże oczy i wpatruje się w cukieraski. A za sklepu jest jakieś pięćset metrów od nowoczesnego stadionu hokeja na trawie. Nie wiem, czy jest liga hokeja, ważne że Aleksander grywał w hokeja. To nic, że na lodzie.

Ostra jak reżim, który kieruje tym państwem. Opowiadała mi znajoma, pracująca przy jednym z teatralnych festiwali, jak to rokrocznie organizatorzy muszą podczas edycji wyciągać przyjezdnych artystów z aresztu. Hulanki przeciągają się go rana, a śpiewy rozlewają na ulice. Gdy o poranku robotnicy szli na budowę, dwóch aktorów uczyło mnie hymnu, tego zakazanego, bo są dwa. Ostra jak żołnierze strzegący porządku w klubie festiwalowym, rozwaleni na ławce w korytarzu. Po przeciwnej stronie, przy stoliku z plastykowym zielonym telefonem siedzi gruba portierka z tapirem na głowie i rozwiązuje krzyżówki.

Słona jak zupa w restauracji urzędu miasta, gdzie się stołuję. Jak krakersy przegryzane na plaży nad ranem, po kąpieli po pijaku, gdzieś gdzie nie pamiętam. Jak zapłata za taksówkę, co wiozła mnie dookoła miasta, choć kierowca był rozmowny i uśmiechał się trzema złotymi zębami.

Są na Białorusi sprawy, których poruszać nie należy, tematy, których dotykać nie wolno. A nawet gdy po kilku głębszych najdzie ochota, by objąć kompana nad słojem ogórków i zapytać jak tam ten wasz cały Łukaszenka, to odpowiedź nie padnie. W oczach zdziwienie, lekki strach. Obcokrajowiec powinien się zachwycać. Zachwyt i kiwanie głową przynależy do obcokrajowca. A jaki jest ten smak ostateczny, wynikły z mieszanki smaków? I co w efekcie spowoduje u konsumenta z zagranicy? Białoruś jest nieoczywista, wyjątkowa, niepowtarzalna. Pojechałem tam w lipcu na długi objazd z artystami Unii Teatr Niemożliwy, potem spędziłem kilka dni na festiwalu teatralnym. Mam ochotę znów Białorusi skosztować.

1 komentarz:

  1. Biorąc pod uwagę całomiesięczną, zawianą eskapadę, zadziwiająca pamięć do ogarnięcia tak wielu smaków i kojarzących się z nimi klimatów. Znów skosztować? to faktycznie może być tylko, Teatr Niemożliwy. Niezłe pióro :)

    OdpowiedzUsuń