poniedziałek, 4 marca 2013

"Czarnobyl. Last minute" w reż. Agnieszki Korytkowskiej z Teatru Dramatycznego w Białymstoku


Agnieszka Korytkowska objęła białostocki teatr w połowie 2012 roku i po kilkunastu dniach prób pokazała widzom efekt: „Czarnobylską modlitwę”, reportaż Swietłany Aleksijewicz, „udramatyzowany”, czy może przepisany na dramat przez Danę Łukasińską. Łukasińska stworzyła opowieść o wycieczce do Czarnobyla. Specyficznej wycieczce z dziwnym przewodnikiem. Ale wtedy, we wrześniu, oglądałem w Dramatycznym dopiero szkic, próbę performatywną, jeszcze niekompletny spektakl. W zeszłą sobotę wybrałem się na premierę "Czarnobyl. Last minute".

Nad sceną siedzi dziewięć pań, taki „chór kobiet”, tyle, że wiekowych. Śpiewa po białorusku, żywo komentuje akcję sceniczną, dopowiada. O coś tam zapyta, westchnie. Pośrodku sceny, na podwyższeniu matka boska, w złotych ornatach, świecidełkach, to do niej wznoszą modły wierni wyznawcy spośród wycieczkowiczów. Po lewej swój one man show prowadzi były pracownik elektrowni jądrowej, dziś bezrobotny, który udaje misia, monstrualnych rozmiarów zająca (wycieczkowicze lubią takie okazy podziwiać z daleka), lub wspomina zmarłego przyjaciela. A pośrodku, na podwyższeniu z przybitą tabliczką „Czarnobyl 1986 -....” paradują wycieczkowicze.

To, co udało się uzyskać Korytkowskiej, to klimat beznadziei, jakiejś takiej nostalgii za władzą radziecką, co to w sprawie katastrofy w Czarnobylu oszukała swoje społeczeństwo, ale za komuny i tak było lepiej – jak wspomina ze wzruszeniem jedna z postaci. Wycieczkowicze oprowadzani są po muzeum Czarnobyla, zwiedzają sale pełne napromieniowanych przedmiotów. Wychodząc opowiadają jaki osiągnęli współczynnik napromieniowania. Z offu czytane są imiona i nazwiska „dzieci Czarnobyla”, a na koniec wysłuchujemy krótkiego przemówienia Łukaszenki.

Wcześniej słuchamy dojmujących historii postaci, które straciły bliskich w Czarnobylu, bądź sami zostali zakażeni. Słuchamy opowieści o szabrowaniu na terenie obozu, o tak zwanej pomocy humanitarnej. Jeden z bohaterów nie wytrzymuje, strzela sobie w łeb. Tak trochę relacjonuję te zdarzenia sceniczne, może zbyt sucho, zbyt konkretnie, nie interpretując. Ale też taki, dość zimny i odpychający w formie to spektakl. Aktorzy grają niejako „do widza”. Jest konkretnie, historie bywają nieraz dowcipnie puentowane. Stajemy wobec konkretnych faktów, popartych danymi z reportażu. Co wstrząsa tym bardziej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz