środa, 20 marca 2013

„Body Art”, reż. Ana Nowicka, Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu. Recenzuje Weronika Kaczmarek.


Choć to niby komedia, śmiechu na widowni nie słychać, a skrzypienie foteli i owszem. Na sali drzemie znużony widz. Aktorzy grają ciężki dramat o tym, jak to ekonomia zdominowała rynek sztuki a prawdziwym artystom wystarcza pieniędzy tylko na alkohol. Chyba, że zdecydują się na granie w podrzędnym serialu, albo epatując artystycznym kłamstwem czy prowokacją, zainteresują swoimi pseudoartystycznymi działaniami niemających bladego pojęcia o sztuce bogaczy. A tym z kolei najbardziej imponuje to, czego nie są w stanie zrozumieć.

Przykładem spełnionego artysty jest Tiger (Paweł Kowalski). Wrócił z Los Angeles, gdzie zbił kasę na absurdalnych projektach plastycznych wspartych niby to filozoficznymi teoriami odbioru swojej sztuki. Para rozmemłanych artystów-nieudaczników, złożona z bezrobotnej aktorki Lei (Aleksandra Bednarz) i pisarza, który niczego jeszcze nie napisał Freda (Tomasz Mycan), prowokuje Tigera do sprzedaży własnej skóry, jako dzieła sztuki jakiejś galerii. Oczywiście do gabloty eksponat miałby trafić dopiero po śmierci performera. Tiger twierdzi jednak przewrotnie, że on nie jest na sprzedaż i przekazuje w darze swoją skórę Lei. Wkrótce ginie w wypadku, a do mieszkania Lei i Freda dostarczone zostaje jego wypreparowane ciało. Upomina się jednak o nie Naomi (Matylda Podfilipska), zrozpaczona kochanka Tigera, właścicielka snobistycznej galerii. Jak się potem okazuje po to, by je sprzedać. Przyłapana na niecnym czynie, godzi się podzielić z Leą i Fredem zyskiem. Wtedy pojawia się żywy i zupełnie zdrowy Tiger, który, jak się okazuje, filmował wszystkie zdarzenia, po to, by na tym przedsięwzięciu zarobić. Trójka przyjaciół zabija go i postanawia naprawdę wypreparować jego ciało i sprzedać. Pod koniec spektaklu, aktor grający Tigera Paweł Kowalski śpiewa „Hymn o miłości”. Co to za pieśń wiem z programu, bo przez łomot muzyki jednego słowa nie dało się zrozumieć. Pani reżyser zna tekst zapewne na pamięć, więc założyła z góry, że widzowie również. Albo nie zauważyła złej akustyki tego fragmentu przedstawienia. Tak czy owak puenta uciekła, bo nie każdemu będzie się chciało po powrocie do domu szukać i sprawdzać, o co w tym wszystkim chodzi. Nie bardzo dają się też odczytać, tym razem ze względu na tempo ich pojawiania się i znikania, padające z rzutnika na ścianę obrazy z jakimiś datami. Bardzo nieczytelne są też dialogi aktorów nagrane na video.

Uważam, że można było skrupulatniej zająć się tym, co napisali autorzy, zamiast ozdabiać tekst jakimiś dodatkowymi efektami. Całej współczesności i tak się w jednym spektaklu nie zamknie, a można tylko przesłonić całkiem sensowny temat. Choć już nienowy. Dramat ma dziesięć lat, a problem komercji w sztuce dużo, dużo więcej. Oczywiście dobrze, że tekst wykastrowano, bo żadne to w końcu arcydzieło. A zrobiono to, przyznaję, zręcznie. Nie ma scen zbędnych, nie ma przegadanych, wiadomo, o co chodzi.

Jak w scenach przypominających cięcia w filmie odnaleźli się aktorzy? Na początku Aleksandra Bednarz (Lea) z lekka przynudza, potem jednak rozwija się i prowadzi rolę wręcz brawurowo. Nieco manierycznie przerysowuje postać Matylda Podfilipska (Naomi), dostosowuje chyba środki wyrazu do ekstrawaganckiego, wyróżniającego ją z reszty zespołu kostiumu (wygląda pięknie!). Trochę słabiej wypada Paweł Kowalski (Tiger). Natomiast najbardziej spośród wszystkich wyróżnia się Tomasz Mycan (Fred). Fatalną dykcją. Czy w zespole nie było już żadnego aktora bez szczękościsku? Czy wszystkich Mistrzów Mowy Polskiej już z Horzycy pozwalniano?

Nie rozumiem, dlaczego postaci mówią tekstem upstrzonym błędami gramatycznymi. Co chwilę ktoś bierze się „za coś”, a czasem nawet ktoś kogoś „przekonywuje”. Mogę błędy wybaczyć tłumaczowi, który zapewne jest germanistą, mogę też aktorom, bo ich zadaniem jest tylko dobrze grać, ale czyżby w teatrze nie było jednej osoby po filologii polskiej, żeby te błędy skorygować? Przeprowadziłam małe śledztwo i okazało się, że i dyrektor Oleradzka, i dyrektor Churski, i pani kierownik literacka Banasik są z wykształcenia polonistami po UMK! Czyżby ich zainteresowanie teatrem ograniczało się do tylko polemik z uczonymi tej placówki w gazetach i internecie? Może warto jednak trochę pochylić czoła i przyznać do niekompetencji?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz