sobota, 2 marca 2013

"Balladyny i romanse" Konrada Dworakowskiego, Teatr Pinokio w Łodzi


Najpiękniejsze momenty podczas moich teatralnych eskapad to te, gdy nieznany szerzej spektakl staje się prawdziwym zaskoczeniem. Z reguły piszą o nim krótkie notki tylko miejscowi recenzenci, a i to nie zawsze, a jak już to tuż po premierze. Spektakl doskonały skrzy się od pomysłów, zaprasza widza do rozmowy, stawia mu pytania, zachwyca precyzją wykonania. Przyznaje, takich przedstawień jest niewiele, spotykam je niezmiernie rzadko. Są jak perły pośród mułu, jak piękna kobieta zagubiona w szarym tłumie. Takie są właśnie „Balladyny i romanse” z łódzkiego Teatru Pinokio.

Pinokio to, powiedzmy, wyższa półka teatrów dla dzieci. W Łodzi nie ma konkurencji, niekiedy bywa na festiwalach, nieraz coś tam wygra. Teatr na co dzień gra spektakle dla dzieci, posiada jednak w repertuarze dwa przedstawienia dla dorosłych. Zrealizowany trzy lata temu, nagrodzony na festiwalach „Bruno Schulz – historia występnej wyobraźni” i „Balladyny i romanse” Karpowicza z grudnia 2012 roku. Miałem tę przyjemność obejrzeć oba dzień po dniu, oba w reżyserii Konrada Dworakowskiego – dyrektora tego teatru.

Przedstawienie trwa nieco ponad dwie godziny i niektóre sceny można by przykroić, dokonać niewielkich cięć. Nie znaczy to jednak, że panuje nuda, nic z tych rzeczy. Doskonały zespół aktorski sprawnie realizuje reżyserskie pomysły. A pomysłów tu mnóstwo, świetnych, mądrych rozwiązań cała gama. Od pierwszych scen animowanych lalkami, ukazujących tę złą stronę natury ludzkiej, a raczej takie „życie krzątane”, inkrustowane szybkim seksem. Ludzka egzystencja od kuchni do fotela, szybki stosunek, wylegiwanie się przed telewizorem oglądanie porno-reklam (na ekranie kopulujące lalki), onanizowanie się.

Miłość to mrzonka mówi Karpowicz, a za nim Dworakowski. Znudzeni i po trosze chętni znów zakosztować ziemskiej materii bogowie lądują w... Polsce. Celnie opisanej w powieści i w spektaklu: „katolicyzm, literatura skupiona na narodowych kompleksach, stosunek seksualny trwa poniżej kwadransa, wliczając w to grę wstępną. Orgazm właściwie nie występuje. Przemoc w rodzinie ma się dobrze.” Bolesny to opis. Bogowie zaczynają mieszać się z ludźmi. Dworakowski zawierzył autorowi. Zachwyca ten spektakl, powiedziałbym, rockandrollowym tempem, zabawą językiem, feerią skojarzeń. Tu nawet w chwili wałkowania ciasta, ze stolnicy do wałkującej przemawia chińskie ciasteczko. Akcja często toczy się symultanicznie, śledzimy ślub i pogrzeb Ozyrysa (świetna rola Ewy Wróblewskiej, grającej z narysowanymi na powiekach oczyma), amory Ateny i... Jezusa. Trochę w tych wybuchach uczuć pomieszał Eros.

Na wysoki poziom przedstawienia pracuje młody zespół aktorski Pinokia, rozumiejący się na scenie aktorzy, bawiący się tym tekstem. I mamy łódzkie boję się napisać arcydzieło, bo staram się nie szafować tym słowem, ale z pewnością spektakl wart zobaczenia. Mam nadzieje, że Konrad Dworakowski częściej niż raz na trzy lata reżyserował będzie przedstawienia dla tak zwanych widzów dorosłych.

3 komentarze:

  1. Panie Bartku.... Jak się jest w Łodzi, to wypada się na kawę odezwać. To pierwsze primo. Drugie primo - Pinokio, moim zdaniem jednak ma konkurencję: wszak jest Arlekin, wcale dobry teatr. To kiedy ta kawa? Przy okazji Kolady?

    OdpowiedzUsuń
  2. :-) przy najbliższej możliwej okazji:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie ma to jak dobre wiadomości. Dla mnie to piękna para z cudną meteorologiczną aurą, jaką 'rzucili' dziś we Wroclove. Gratuluję lekkiego pióra, czyta się z przyjemnością :)

    OdpowiedzUsuń