piątek, 15 lutego 2013

"Wiśniowy sad" Łysaka w Teatrze Polskim w Bydgoszczy



rys. Małgorzata Majewska http://malgosiamajewska.carbonmade.com/

Nim o bydgoskiej premierze, to słów kilka o Wiśniowym sadzie, który oglądałem z zapartym tchem równo dziesięć lat temu. W warszawskiej Akademii Teatralnej powstał dyplom reżyserowany przez Agnieszkę Glińską. Wspominam go, bo po pierwsze grali tam studenci ostatniego, świetnego roku wydziału aktorskiego, a po drugie... Po drugie, tak jak nie przepadam za teatrem Agnieszki Glińskiej (choć to uogólnienie), za tradycyjnym budowaniem akcji scenicznej, takim po nitce do kłębka, jak nie lubie tych dłużyzn, tego nadęcia typowego dla niej, tak bardzo chciałbym obejrzeć tę sztukę Czechowa wyreżyserowaną właśnie przez nią. Wydaje mi się bowiem, że pewien rodzaj melancholii, zagubienia, pozbawienia tożsamości, przemijania łączy zainteresowania tej artystki z Czechowem. Sprawdziło sie to już w Sztuce bez tytułu i Mewie, zabłysło by w Wiśniowym sadzie. A gdyby jeszcze, niestety to życzenie nie do spełnienia, obsadziła Glińska tych samych aktorów, co w dyplomie: Karolinę Gruszkę, Dominikę Kluźniak, Elizę Borowską, Krzysztofa Ogłozę, Marcina Bosaka, Michała Pielę, Modesta Rucińskiego. Ot takie marzenie recenzenta...

Po ten tytuł sięgnął w lutym Paweł Łysak w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Na stronie teatru przeczytałem, że Łysak "sięgając po ten utwór, chce przyjrzeć się współczesnemu kryzysowi i nastrojowi przesilenia, a także zadać pytanie o modele życia, które dominują w dzisiejszym świecie." Nic takiego. Z odpowiedziami na te istotne przecież kwestie nie mierzyłem się niestety po wyjściu z teatru. Reżyser w oszczędnej, dość mobilnej (te jeżdżące ściany) scenografii, postawił na aktorstwo, budowanie postaci. Zaufał Czechowowi, nie opowiedział sie po żadnej ze stron. Tak, jak w dramacie, nie ma tu pozytywnej postaci. Reżyser pozmieniał za to akcenty: wydobył bohaterów, których na przykład w warszawskiej realizacji sprzed trzynastu laty, Maciej Prus (artystyczny patron Łysaka) pozostawił w cieniu. Paweł Łysak wydowywa, rzuca mocniejsze światło na Szarlotę (Magdalena Łaska) i Trofimowa (Michał Czachor). Koszty tego są oczywiscie spore. W cień usuwa się na przykład dramat Firsa, który gdzieś tam sobie w kącie przysiądzie, a przez scenę przejdzie raczej w grupowych scenach. Gajew Michała Jarmickiego, zdaje mi się, również został zignorowany. A to przecież rola, o którą biłby się niejeden aktor. Bo przecież to Gajew doprowadził do upadku majątku. Do scen pysznej zabawy i tańców dokooptował reżyser kilku statystów. Majątek z sadem pada, idzie pod młotek na licytacji, a we dworze bal, z konfetti i serpentynami.

Łysak postawił na konflikt Raniewska – Łopachin. Stworzył z Łopachina (Piotr Stramowski), też raczej idąc po tekście, nowobogackiego, co to po trupach pnie się do celu. Zakochana kobieta tylko mu przeszkadza, tak bardzo omotany jest rządzą pieniądza. Z kolei Raniewska (Anita Sokołowska) niczego nie rozumie, problemy oddala, podsuwane rozwiazanie odrzuca. Marzy o Paryżu, tęskni do dawnej miłości.

Dowiedziałem sie z tej realizacji, że bydgoski teatr ma świetnych aktorów. Niby wiedziałem juz o tym wcześniej. Dobrze, nie dowiedziałem, udowodniono mi to po raz kolejny. Czachor, Łaska, Sokołowska, Wyszyńska i Stramowski potrafią pociągnąć każde przedstawienie, byliby w stanie zagrać wszystko. Bydgoski Wiśniowy sad to bardzo poprawna realizacja. Polecam ją raczej widzom, dla których bedzie to pierwsze zetknięcie z tym dramatem Czechowa. Rozczarowani nie będą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz