środa, 6 lutego 2013

Irydion, reż. Andrzej Seweryn

rys. Małgorzata Majewska

Nie wiem, czy Paweł Goźliński chciałby mnie lać po pysku. Kończy on swój tekst dotyczący premiery Irydiona mocną puentą: krytyków, którzy szczują Garbaczewskiego na Seweryna i odwrotnie należy leć po gębie. Oraz, że należy zorganizować debatę młodych realizatorów ze starymi. Szczerze mówiąc, wątpię, by cokolwiek z takiego debatowania wynikło, a tym bardziej nić porozumienia. No chyba, że nawlekała ją będzie jakaś zmyślna moderatorka. O co cały ten szum? O Irydiona z Teatru Polskiego w Warszawie, w reżyserii Andrzeja Seweryna. Przeczytałem kilka polemik, kilka głosów krytycznych i od tygodnia chodzę z kąta w kąt i waham się, co by tu napisać. Bo nie chwyciło mnie za gardło to przedstawienie, nie rzuciło o podłogę. Trochę tak, jakby z armaty strzelano do wróbli. Ale po kolei.

Warsztatowo to naprawdę bardzo dobry spektakl. Wypieszczono każdy detal. Od artykułowania, impostacji głosów aktorskich dobiegających z głębi sceny a słyszanych w XIII rzędzie, gdzie siedziałem, przez kompozycję przestrzeni, warstwę muzyczną, kostium, choreografię. Taki modelowy spektakl, by opisać go punktami Patrice Pavisa, interpretować na zajęciach warsztatowych z pisania recenzji. Każdy element lśni precyzją. Krzysztof Kwiatkowski w głównej roli mówi precyzyjnie, wyraźnie, co ważne ze zrozumieniem, widać ogrom włożonej pracy. Aktorzy porozumiewają się tekstem Krasińskiego świadomie, pilnują precyzji słowa. Na stronie internetowej teatru wypisano współtwórców Seweryna: Dorota Kołodyńska (kostiumy), Magdalena Maciejewska (scenografia), Jacqueline Sobiszewski (światła), Jaga Hupało (stylizacja fryzur), Olo Walicki (muzyka), Leszek Bzdyl (ruch sceniczny), konkludując, że dzięki temu zestawowi nazwisk: „starożytny Rzym wyda się widzom bliższy niż kiedykolwiek wcześniej.” No i tu właśnie leży problem, bo nawet wierzę, znając Bzdyla i jego prace że tak było, że się starał, że Sobiszewski nie odwaliła fuszerki.

Co z tego, skoro tekst Krasińskiego kompletnie nie przemawia. Nie zachwyca. Nie dialogujemy: ja i on. I Rzym wcale nie staje się bliższy dzięki współpracownikom Seweryna. Jest bardzo daleki, podobnie jak problemy tego dramatu. Ma rację Goźliński, proponując głęboką pracę dramaturgiczną na rodzimych tekstach romantycznych. Nie wiem, czy na wszystkich, ale na Irydionie z pewnością. O czym można opowiadać martwym dramatem dziejącym się w czasach rzymskich, z kluczem interpretacyjnym odsyłającym do wybuchu powstania listopadowego? Że ważne, by działać rozważnie, szykując spisek mieć szlachetne pobudki? I nie polegać na chrześcijanach, nie wierzyć im, bo są zbyt czyści i szlachetni? Co to ma wspólnego z rzeczywistością 2013 roku? W kontekście tego przedstawienia nie dziwią próby przepisywania klasyków dokonywane przez współczesnych młodych reżyserów.

Ta monumentalna realizacja, w zasadzie pozbawiona interpretacji dramatu, staje się dobrą szkołą na pokazanie teatralnego rzemiosła. Dawno nie oglądałem tak świetnie warsztatowo poprowadzonego przedstawienia. Szkoda że interpretacyjnie pustego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz