poniedziałek, 4 lutego 2013

Freddie reż. Irmina Kant

Na Scenie Malarnia warszawskiego Teatru Studio dominuje estetyka camp: różowe łabądki, błyskotki, pióra, podświetlona wanna, w niej dwóch mężczyzn. Trzeci na leżance, a przy stole zastawionym butelkami po whisky siedzi młoda dziewczyna. Za chwilę aktor grający Freddiego Mercury wpadnie w potoczysty monolog chorego melancholika. Ktoś go pocieszy, zespół zagra dwa kawałki Queen. Takim dość jednostajnym rytmem potoczy się ten spektakl. Ale tylko do połowy.

Następuje pęknięcie, zmiana. Zza stolika reżyserskiego na środek sceny wkracza pani reżyserka (grająca ją Irena Sierakowska sama zada widzom pytanie, czy zwracać się do niej reżyser, czy reżyserka). No i zaczyna się ta lepsza część przedstawienia. Pyszna groteska na nowoczesnych reżyserów, wizjonerów teatralnych. Oto uczestniczymy w próbie do spektaklu, celowo przeprowadzanej w obecności widzów. Irmina Kant – pretensjonalna reżyserka (w tej roli naprawdę znakomita Sierakowska) oblewa aktorów rynsztokiem swojej świadomości, wyłuszcza im bezsensowne zadania, które kamerą kręci jej asystent. Gdy w jednej ze scen, okazuje się, że aktor skreślił (samowolnie, jak mógł!) część swojej roli, dochodzi do awantury. Popiera go grający Freddiego Tomasz Borkowski. Atmosfera na próbie, i tak już napięta, zagęszcza się. Borkowski wykrzykując, że dość ma grania w tak dennym projekcie, wychodzi. Co począć? Aktorzy wracają do stolika, reżyserka wpada na kolejny świetny pomysł. Aktorzy grać będą... bez Freddiego, z duchem głównej postaci. Taki spektakl o... pamięci po Freddim. Daje aktorom „ontologiczne” zadania, a oni wciąż nie wiedza, co mają grać.

Nawiedzona reżyserka robi próbę już bez głównego bohatera. Zabawne, jak grają piosenki bez wokalu, jak matka wciera maść duchowi syna, niejako w powietrze. Zaraz potem przychodzi smutna refleksja, że przecież już gdzieś to widziałem i to podane w tonie serio. „A co, jeśli się nie uda?” pyta któryś z aktorów. Rezolutna asystentka pani reżyser odpowiada, że ogłoszą mediom i widzom, że to specjalnie, że stworzyli spektakl o nieudanym spektaklu. Taki myk. Prawda, że proste?

To przedstawienie niejako instruktażowe. Powinno być pokazywane na wydziałach reżyserii polskich szkół wyższych. Ku przestrodze. Przyszli absolwenci mogliby obejrzeć, jak nie powinna wyglądać próba do spektaklu, jakich błędów się wystrzegać, by nie popaść w śmieszność. To spektakl młodej absolwentki warszawskiej reżyserii Agaty Puszcz i dramaturga Wojciecha Pitali. Czekałem aż ktoś wreszcie ujawni banał, debilizm, podszywanie się młodych reżyserów pod mistrza z Krakowa. Udało się!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz