piątek, 22 lutego 2013

Felieton: świeży schab, chleb z Markowej i (A)pollonia z Wału Miedzeszyńskiego


W przezroczystej reklamówce niosłem jeszcze ser żółty taki z kminkiem, kilka plasterków wiejskiej szynki też produkt regionalny, chleb markowski i papierek po kawałku pizzy co to ją na Centralnym zjadłem. Z uśmiechem oddałem ten ekwipunek szatniarce studia ATM, mieszczącego się w pięknym budynku ze szkła i stali. Prosto z Rzeszowa, ze spóźnionego autobusu jechałem z produktami regionu mojego podkarpackiego, smakami dzieciństwa na "(A)pollonię", graną gdzieś pomiędzy Miedzeszynem a Falenicą pod Warszawą. A pyszne to produkty, rozsławiające podłańcucką wieś Markowa bardziej niż rodzina Ulmów - "pisowski" symbol prawdziwie patriotycznych postaw.

Nadrabiam zaległości. Jeśli tylko mam czas, staram się oglądać przedstawienia, których obejrzenie wcześniej z rożnych względów było niemożliwe. A to ja nie mogłem, a to choroba, gdzie indziej premiera, drogie bilety, brak spektaklu w repertuarze przez pół roku. Swoją drogą to jakaś plaga teraz, by po premierze i po pierwszym secie, prezentować tytuł dopiero za kilka miesięcy. Spotykam się z tą praktyką w wielu teatrach. Czy powodem są aktorzy gościnni i ich terminy?

W tłoczącej się w foyer (korytarzu studia nagrań) publiczności dostrzegłem znajomego dyrektora jednej z pomorskich scen. Chwilę porozmawialiśmy, on też taki wymięty jak ja. Też pewnie prosto z autobusu, pomyślałem. Wyobraźcie sobie drodzy czytelnicy, że wciąż większość dyrektorów ze mną rozmawia, spotyka się, głowy w bok nie odwraca. Pewnie ku zdziwieniu moich leciwych kolegów po piórze, którzy oburzali się na tematykę pisanych tu przeze mnie tekścików o dyrektorskich patologiach. Ale ja w tym tygodniu nie o tym chciałem.

I nawet też nie o samej "(A)pollonii". Była już wielokrotnie opisywana przez mądrzejszych ode mnie krytyków z pism branżowych. W Studiu ATM zachwyciły mnie rozmowy rozentuzjazmowanej publiczności, w której dominowały osoby młodsze ode mnie tak o dekadę. Długonogie nastolatki zastanawiały się, dlaczego Cielecka jest w aż tak zaawansowanej ciąży i jak jej się gra z Chyrą. Bo jak wiadomo "oni to nie teges ze sobą". Jeszcze młodsze dziewczęta z podlaskich Łap zachwycały się w przerwie urzekająca kreacją młodego Stuhra, że "słodziak z niego". Niemal wszyscy byli pewni że uczestniczą w czymś niezwykłym, nikt się nie przyznawał że czegoś nie rozumie, raczej nie dociekano sensów. W toalecie (zawsze chciałem pisać o konwersacjach w kiblu) dwóch młodziaków omawiało milczącą scenę Hajewskiej-Krzysztofik. Dookoła mnie same "achy" i "ochy". By było jasne, też uważam to przedstawienie za wybitne a kreacje w nim stworzone za doskonałe. Potrafiłbym jednak wskazać w czteroipółgodzinnej narracji słabsze momenty, nudne, niezapełnione pola, naciągane porównania (na przykład rzeźni do obozu zagłady). Obawiam się jednak, a świerzbił język, że zostałbym przez apologetów zaciukany.

Teatr Nowy wciąż nie posiada budynku, co uważam za skandal o wiele większy niż niedofinansowanie festiwalu pantomimy, które ostatnio rozgrzewa teatralny światek. Ma jednak, co wartościowe mimo mojego wyzłośliwiania, wierną publiczność. Cholernie się cieszę, że dzieciaki jeżdżą pod Falenicę, pewnie w sporej części na gwiazdy, skuszeni promocją szeptaną i "fejsową". Ale ważne, że w ogóle jeżdżą i że Warlikowski zabiera ich w intelektualną podróż.

Tak sobie o tym wszystkim myślałem, stojąc w kolejce do szatni, z której odebrałem moją reklamówkę z wałówą. Woń wędzonych delikatesów przebiła świeżość perfum, doczekałem się kilku niedwuznacznych spojrzeń. A może ja przesadzam, może po prostu ci piękni chłopcy i piękne dziewczęta byli głodni? Ze schabu utłukłem kotlety, kiełbasę szybko wsunąłem, o przedstawieniu Warlikowskiego długo będę pamiętał. 

2 komentarze:

  1. Muszę przyznać że ja też byłam bardzo głodna, czas spektaklu i emocje zrobiły swoje, i od dawna nie czułam takiej potrzeby zaciągnięcia się tytoniem, choć już nie palę - raczej. Nie żałuję na pewno, Apollonia siedzi w mojej głowie i tworzy naprawdę niezłe myśli. Co do komentarzy, jeden postanowiłam umieścić również na swoim świeżo powstałym blogu, jak to para dziewczyn z miną pokera komentuje Cielecką, że się (przepraszam za słowo) "zajebała, i co to takiego" .. Najwyraźniej nie podobał im się numer ze szminką, a mnie tak. Może dla niektórych, to było Tarrantinowskie pif paf. Dobrze że dzieciaki jeżdżą, ale za dużo konsumpcji, za mało wyciszenia. To nigdy nie zaszkodzi. W piątek "Anioły w Ameryce" - kolejna wyprawa. Przy okazji zaekshibicjonizuje i swojego bloga. Pozdrawiam:)
    http://magdalenajakubow.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. dziękuję za komentarz. No i powodzeniu w prowadzeniu bloga i w peregrynacjach teatralnych! Sporo dobrych spektakli widziałem ostatnio w kraju.

    OdpowiedzUsuń