piątek, 8 lutego 2013

Felieton: Pan dyrektor (2)


Tydzień temu opisałem pokrótce dyrektorskie wady i wypaczenia, skreśliłem portret dyrektora teatru - pana na folwarku. Po zamieszczeniu felietonu otrzymałem kilka maili, fragmenty ciekawszych cytuję poniżej.

Na pomysł zajęcia się tym tematem wpadłem przy okazji styczniowej rozmowy w dyrektorskim gabinecie. Co ciekawe, dyrektor ów zaproponował mi wówczas współpracę, kazał przyjść z innym tytułem, zapraszał na spektakle. Po zamieszczeniu felietonu otrzymałem kilka maili, fragmenty ciekawszych cytuję poniżej. Nie wszyscy czytelnicy, szczególnie ci z teatralnego środowiska, zrozumieli mój apel o ujawnianie nagannych praktyk. Opisujcie proszę swoje historie, pokażmy że razem możemy walczyć z patologiami. Chętnie je opiszę, dbając o anonimowość. Bo musimy tępić zachowania, nie ludzi. By było jasne, nie znam aktorów chwalących swojego przełożonego. Dopytywany przeze mnie aktor z dużego teatru o kilku scenach, w miesiącu grający w około dwudziestu pięciu spektaklach narzekał, że przyszło mu pracować w fabryce. Na moje pytanie o zarobki, dociskany przyznał, że "no tak, masz rację, zarabiam sporo". Poniżej opisuję dyrektorów instytucji, w których szerzy się patologia. Znam wielu szefów scen i wiem, że pracuje w Polsce grono świetnych kierowników, dyrektorów z powołania. O nich tu nie piszę, ich nie dotyczy ten felieton. I jeszcze co do kobiet, które szefują teatrom: piszę o mężczyznach, ale oczywiście ich też te słowa dotyczą.

Zasiedzenie
Dyrektor tworzy sieć układów z miejscową władzą. Prezydent i radni nie organizują konkursu, bo w teatrze jest spokój, nie ma nagłośnionych afer. Pośród pracujących tam reżyserów brakuje świeżej krwi. Teatr wygląda jak folwark. Władze miasta, po pewnym czasie, widzą, że teatr, który finansują produkuje przedstawienia odbiegające jakością od modnych i nagradzanych na festiwalach. Proszą więc dyrektora, by zaprosił młodych. Ten najczęściej się zgadza, powstaje rocznie jeden współczesny spektakl, oparty o najnowszą dramaturgię, jeździ po festiwalach. Na miejscowej scenie ciężko go obejrzeć, bo w repertuarze dominują, jak dawniej, farsy i komedyjki z bananem przy lędźwiach.
"Na próbę wpadają pijany dyrektor i wiceprezydent miasta od kultury. Każą nam zrobić przebieg, głośno komentują. Przez godzinę gadają i siedzą na widowni, jak we własnym salonie." (ceniony reżyser o swoim debiucie)

Niekompetencja
Niewielu można spotkać dyrektorów teatrów na największych polskich festiwalach, nie mówiąc o zagranicznych. Oczywiście są tacy, którzy często jeżdżą do Berlina, latają do Londynu, Bukaresztu czy Moskwy. Dramatów współczesnych nie czytają, wystawiają klasykę w klasycznym opakowaniu. Zapraszają reżyserów, co to po raz dwunasty robią ten sam tytuł. Nie kształcą się, nie mają pojęcia o kierowaniu firmą. A teatr to też firma, z administracją i urzędnikami. Promocja w ich teatrach kuleje. Spotkania biznesowe prowadzą tylko w swoim mieście, nie potrafią przyciągnąć biznesu.

Próżność
Gdy chwilę porozmawiać z dyrektorem, odnosi się wrażenie, że prowadzi wiedeński Burg lub londyński National. To nic, że powstają u niego same knoty, broni się najczęściej frekwencją. Gdy odpowiadam, że największą frekwencję ma Maryla Rodowicz i Kupicha, wzrusza ramionami. Niekiedy pozwala reżyserować innym, jednak ściąga ich przedstawienia już po sezonie lub dwóch, szczególnie te, które cieszą się świetnym odbiorem widzów i mają dobre recenzje. Recenzentów najczęściej zaprasza na produkcje wyreżyserowane przez siebie.
"Jeden z dyrektorów teatru tak się zamotał w swoich obostrzeniach i zastrzeżeniach w organizacji pracy, że nie pozwalając reżyserowi na aktorów z zewnątrz, na granie gościnne w bardzo dużym spektaklu, musiał zatrudnić sam siebie. A od dłuższego czasu już nie grał (bo wiadomo, dyrektor, mimo, że z zawodu aktor, to przecież nie będzie się wygłupiał przed swoim dworem). Na dokładkę zatrudnił do grania jednego ze swoich zastępców, który z wykształcenia jest... księgowym. Motywował to tym, że księgowy zna pracę w teatrze, więc na pewno świetnie sobie poradzi na scenie jako aktor. (aktor młodego pokolenia)

Kumotestwo
"Ja wyreżyseruje u ciebie, ty u mnie." Zwróćcie Państwo uwagę na zestaw nazwisk reżyserów w niektórych teatrach. Powtarzają się, prawda? Nie dziwne, bo reżyserują tam dyrektorzy innych, "zaprzyjaźnionych" teatrów. Zamknięty krąg. Nic, tylko współczuć młodym adeptom studiów reżyserskich, chcącym cokolwiek w takim teatrze pokazać.
"Często spotykałem się z chamstwem, ale moim zdaniem i tak jest lepiej, niż było kiedyś. Jakiś rok temu rozmawiałem z pewnym starszym dyrektorem. Było to kuriozalne spotkanie, nie tylko ze względu na jego przebieg, ale również na stan rozmówcy. Powiedziałem, że nie życzę sobie odpytywania, jak w szkole. Ku mojemu zdziwieniu na koniec rozmowy poprosił mnie o propozycje, ale nie potrafiłem już zdecydować się na współpracę." (młody reżyser)

Wobec każdego dyrektora można mieć jakieś zastrzeżenia. Dziwi, że etatowi aktorzy i pracujący w teatrach reżyserzy nie zgłaszają do inspekcji pracy uwag na haniebne zachowanie przełożonych. Panuje w środowisku milcząca zgoda na kryminalne zachowania. A sternicy teatrów pozwalają sobie na coraz więcej. Kochani, są instytucje powołane przez państwo do chronienia pracowników. Bardzo was proszę, skończcie opowiadać na bankietach historie i przejdźcie do działań. Są sądy pracy, inspekcje, jest policja i prokuratura. Tam was wysłuchają i podejmą stosowne decyzje. Jeśli nie zwrócicie się o pomoc, to wasi przełożeni-sybaryci, wciąż będą wami pomiatać, nie płacić za nadgodziny, molestować i mobbingować. Oczywiście, wciąż piszcie do mnie, chętnie znów wrócę do tego tematu (bartlomiejmiernik@gmail.com).
"Byłem dyrektorem i wiem ile błędów popełniłem, przy tym wykonałem ogrom, jak się okazało, nikomu niepotrzebnej pracy. Starałem się z każdym rozmawiać, nawet jeśli nie było szansy na współpracę. Sprawdzałem sekretarkę czy na własną rękę nie dokonuje jakiejś "selekcji" petentów. Z czasem jednak okazało się, że nie jestem w stanie "wyrobić się" z korespondencją i z rozmowami z osobami chcącymi nawiązać współpracę. Uważam, że najgorsze, co można zrobić, to kogoś zignorować." (były dyrektor)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz