czwartek, 3 stycznia 2013

Wodzionka na Śląsku

rys. Małgorzata Majewska


Moją ABBA obejrzałem wraz z sylwestrową publicznością Teatru Śląskiego w Katowicach. To taki typ spektaklu, po którym piszącemu trudno się nie wyzłośliwiać. Bo wszystko w nim jest klapą, wszystko zostało spartaczone. Począwszy od tekstu, który bardziej przypomina proste libretto musicalu. I być może w tej formie bardziej by się Moja ABBA odnalazła.

A w Katowicach? Z przedstawienia na co dzień granego na Scenie w Malarni chciano uczynić atrakcję wieczoru, po której zaplanowano bal, poczęstunek i konkursy (na przykład wycieczka do Szwecji, kraju Abby – jak zakomunikował uroczy konferansjer) .
W trzech zdankach o co w dziełku autorstwa Tomasza Mana chodzi: oto Mąż, Żona (podstarzała fanka zespołu), córeczka podfruwajka i reżyser, który zajechał na prowincję. Reżyser ma pomysł na wyprodukowanie programu opartego o sentyment Polaków do skandynawskiego zespołu, proponuje więc Matce (Krystyna Wiśniewska) wyjazd do Warszawy na nagranie programu. Ta odmawia i mniej więcej do tej chwili wszystko szło prosto i banalnie: akcja sceniczna toczyła sie dość realistycznie, przetykana piosenkami zespołu, które głównie z playbacku udawała że śpiewa Matka. Wątki innych postaci są albo ledwie zarysowane: ojciec ma zamiar startować w wyborach; albo jedną kreską poprowadzone: córka – głupiutka lilaróż-laleczka zakochana w playboyowatym reżyserze pracoholiku. Każdy z aktorów gra tak jak mu się podoba, paleta póz i min.

Moja ABBA nikogo na widowni nie rozerwała, nie poruszyła, prócz śmiejącej się za mną, pani dyrektor Krystyny Szaraniec. A sylwestrowa publiczność chciała w szampańskich nastrojach kołysać sie rzędami, z aplauzem wyśpiewywać powszechnie znane hiciory. Nic z tego. Jakieś jedne marne oklaski w trakcie któregoś z przebojów. Na widowni martwo, jak mawiaja aktorzy: Sahara.

Czy tak ma wyglądać sylwestrowe przedstawienie? Dlaczego nie wykorzystywano koncertowych reflektorów? Dlaczego nie zatrudniono profesjonalnego reżysera światła i dopiero w ostatniej scenie na chybił trafił jakiś miejscowy majster, zamiast feerii barw, próbował odtworzyć siermiężną iluminację koncertu w S2. Dlaczego, patrząc na aktorów poruszajacych się jak muchy w smole w rytm imprezowych klasyków, odniosłem wrażenie, że granie w Mojej ABBIE tego wieczoru nie było ich grudniowym marzeniem? Dlaczego to gatunkowo ani musical, ani farsa, ani wodewil (choć tu mu najbliżej), ani tym bardziej sentymentalny spektakl dramatyczny? Skąd te reżysersko chybione pomysły? By opowiedzieć, że bohaterka planuje lot szybowcem do Szwecji, w poprzedzającej scenie reżyserka Katarzyna Deszcz puściła na ekran fragment "Zrób to sam" o budowaniu małego szybowca. I, owszem śmieszno jest, bo poza studio szybowiec nie poleci, upada na podlogę. Ale czy gra warta świeczki? Czy to kolejny spektakl o tęsknocie za PRL?

Moja ABBA jest jak tania śląska wodzionka: wrzucono do gara co się nawinęło pod rękę, zalano wodą, zamieszano. Szkoda, że wyszła tak bezsmakowa, miałka, rozwodniona polewka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz