czwartek, 31 stycznia 2013

Pan dyrektor


Tak zwanych dyrektorów z powołania, urodzonych przywódców, chętnych by rozwijać placówkę, by zbierać w tym trudnym czasie środki finansowe, by pisać projekty, wygrywać unijne konkursy, takich znam może kilku. Najczęściej to umoczeni w lokalne partyjne układziki kacyki. Ich teatry nie jeżdżą na festiwale, nie debiutują u nich młodzi twórcy, a jak debiutują, to często spektakle przejmuje tuż przed premierą... dyrektor.


Wdzięczny ten temat skrzy się od anegdot. Nie znam reżysera, który nie miałby na podorędziu kilku wyjątkowych, pełnokrwistych dykteryjek wyniesionych ze spotkań w dyrektorskich gabinetach. Świadczących o skrajnym braku wiedzy, krętactwie, laniu wody przez osoby pełniące funkcje sterników placówek teatralnych. Teatry często są przez nich traktowane instrumentalnie, jak własny folwark. Zastraszeni pracownicy boją się zgłaszać na policję przypadki kryminalne, opowiadają o nich na bankietach, historie te krążą po teatralnych korytarzach.
Historie, które ostatnio wysłuchałem i niewątpliwie zapamiętam, to między innymi wysyłanie zdjęć przyrodzenia współpracownicom, składanie pocałunków w pępek na przywitanie, klepanie po pośladkach z komentarzem "jakie jędrne". Nic jednak pewnie nie przebije dyrektora-pedagoga jednej z uczelni, który w gabinecie wstawił łózko, rzadko kiedy zasłane, by móc sypiać w nim z pracownicą pionu administracyjnego. O romansach nie wspomnę. W zasadzie na palcach jednej ręki mógłbym policzyć dyrektorów, którzy nie romansowali z młodymi aktorkami. A te przypadki wynikają pewnie z mojej niewiedzy.
Tak zwanych dyrektorów z powołania, urodzonych przywódców, chętnych by rozwijać placówkę, by zbierać w tym trudnym czasie środki finansowe, by pisać projekty, wygrywać unijne konkursy, takich znam może kilku. Najczęściej to umoczeni w lokalne partyjne układziki kacyki. Ich teatry nie jeżdżą na festiwale, nie debiutują u nich młodzi twórcy, a jak debiutują, to często spektakle przejmuje tuż przed premierą... dyrektor. Gdy do teatru przychodzi nowopowołany dyrektor, najczęściej wszystko zmienia. Zmiany nowego dyrektora polegają na jak najszybszym ściąganiu z afisza tytułów niewyeksploatowanych na festiwalach. Pracownicy dowiadują się o zwolnieniach już nawet nie w rozmowie w gabinecie a smsem lub mailem (znam i takie przypadki).
O tym wszystkim przypomniałem sobie, kiedy tydzień temu wraz z zaprzyjaźnioną reżyserką zostaliśmy przyjęci na audiencji u pewnego dyrektora, w pewnym powiatowym mieście. Pan dyrektor nie należy do wizjonerów, nawet nie do rzemieślników polskiego teatru. Wszędzie, gdzie piastował swą funkcję, zamieniał teatr w folwark, otaczał go barykadami, kruszył kopie z wyznawcami nowych prądów. Nie wizja (zbyt wielkie słowo), a pomysł pana dyrektora na teatr sprowadza się do fars, komedyjek, klasycznych dramatów realizowanych bez skreślenia słowa oraz do bajek. Raz na dwa lata powstaje przedstawienie okolicznościowe, reżyserowane przez uznanego, też raczej konserwatywnego reżysera, oparte o tekst klasyka. Pan dyrektor dostał bowiem w spadku festiwal i czymś go musi zapełniać, pokazać publice że w swoim teatrze ma przecież przedstawienia mistrza.
Pan dyrektor z powiatowego miasta, co też częste pośród dyrektorskiej braci, okazał się szowinistą, który moją znajomą potraktował per noga. Wypytał ją o ilość scen, o tembry głosów aktorów zatrudnionych w swoim teatrze, o to jak mogła zaproponować obsadę, nie obejrzawszy spektakli, które ma w repertuarze. Zaproponowałem panu dyrektorowi adaptacją dramaturgiczną klasycznego tekstu, lektury szkolnej. Odparł, że autora to on lubi, owszem, ale nie wolno mu nic dopisywać, bo jest to nieludzkie wobec twórcy. Pan dyrektor nie rozumie współczesnego teatru w ogóle. Nie ogląda widocznie współczesnych filmów, sztuk performatywnych, wizualnych, nie czyta współczesnej prozy i poezji. Pan dyrektor żyje odgrodzony murem od współczesnych prądów. Dobrze mu w swoim gniazdku. Władzy w mieście specjalnie nie przeszkadza, a naznaczone historią to miasto.
Dyrektorzy często idą na repertuarowy kompromis: część tytułów oddają młodym, twórczym reżyserom, skłonnym do eksperymantu, a część repertuaru kroją pod komedie i farsy, by nabijać frekwencję. Prosty ten, ale co tu kryć skuteczny pomysł, sprawdza się na przykład w Kielcach i Koszalinie. I w zasadzie nawet to rozumiem. Bo miejscowa władza pragnie słupków frekwencyjnych, a krytycy sukcesów na festiwalach. A tak mamy i jedno o drugie.
Pan dyrektor, którego miałem okazję poznać tydzień temu, ma tylko frekwencję. Nic więcej. Po słownych szachach w jego gabinecie odetchnąłem i zacząłem pocieszać koleżankę. Współczuję jej, że musi odbywać rozmowy tego typu. Że nieprawdą jest jakoby Cywińska i Meissner przetarły szlak reżyserkom. Realizacje wciąż zależą od wypachnionych seksizmem panów z sumiastym wąsem, włosach na żelu, złotym łańcuchem na włochatej piersi czy siwym kucykiem spiętym kolorową gumką. W ich dusznych gabinetach wciąż dominuje atmosfera przepytywania, ubliżania, robienia bałwana z adwersarza.
Opiszcie proszę swoje historie ze spotkań z dyrektorami, z rozmów sezonowych, z dyskusji przy realizacji spektakli. Chętnie wrócę do tego tematu, zachowując waszą anonimowość. Pokażmy od środka kilka dyrektorskich folwarków budowanych za publiczne pieniądze. bartlomiejmiernik@gmail.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz