piątek, 25 stycznia 2013

Felieton o Wojciechu Farudze


Istnieje taka chęć u recenzentów teatralnych, dziwna zupełnie, by być zapamiętanym przez potomnych jako ten, który odkrył jakiegoś twórcę, nazwał pokolenie.

Bywają nazwy trafne jak Koeniga "młodzi zdolni", bywają także głupawo odtwórcze jak Gruszczyńskiego "młodsi zdolniejsi", czy Pawłowskiego "Pokolenie porno". Po prawdzie z tego pokolenia niewiele zostało, bo sklejone naprędce indywidualności reżyserów czy dramatopisarzy nie dialogowały w jednej wspólnotowej formule. Chełpi się Maciej Nowak z akuszerowania Demirskiemu i Strzępce, wizjonerzy "Didaskaliów" rozbujali kołyskę z Rubinem i Borczuchem, a naczelny miesięcznika "Teatr" drukuje kolejne wywiady z Passinim.

Długo się zastanawiałem, wahałem czy wypada mi napisać o moim małym odkryciu ostatnich miesięcy, o reżyserze Wojciechu Farudze. By przypadkiem nie być posądzonym o lobbowanie (nie znam Pana Wojtka). Na szczęście, Paweł Sztarbowski zdjął ze mnie brzemię odkrywcy, pisząc mi niedawno, że kibicuje Panu Wojtkowi, że ceni i że odkrył talent. A jako, że ja się do tego odkrywania wcale nie palę, to z miłą chęcią oddam Pawłowi pałeczkę odkrywcy.

Obejrzałem dwa spektakle w reżyserii Wojciecha Farugi: "Wszyscy święci" w Teatrze Polskim w Bydgoszczy i "Betlejem polskie" w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu. Oba tematycznie zahaczające o siebie, dotykające podobnego problemu, dwie odsłony rozmów o religijności. Do czego dzisiaj prowadzi religia, jakie są jej wypaczenia, jak objawia się nadaktywność wyznawców. Jakie zagrożenia niesie? Betlejem to w spektaklu mała wioska, zapomniane, prowincjonalne polskie miasteczko, którego mieszkańcy zbierają się w świetlicy by czekać. Na co właściwie? Na cud? To zbieranina pacjentów z kozetki psychiatry. To barwna grupa socjopatów. Maryja zachodzi w ciążę, o której dowiaduje się w gabinecie ginekologicznym. Konsekwentnie zaprzecza, bo przecież "nie współżyła" Ciąża niespecjalnie ją cieszy, jak i wyrazy uwielbienia, radosnego oczekiwania, jakimi dzielą się z nią pozostałe osoby. Faruga pokazuje fanatyków religijnych, stawia pytania, kreśli obraz polskiej prowincji. We "Wszystkich świętych" z kolei pokazał na scenie różne wypaczenia kultu religijnego, od kolekcjonowania opłatków z eucharystii, po przechadzanie się z pokaźnych rozmiarów krzyżem. Czy hobby Ojca, który próbuje ćwiczyć na bębnie pieśni patriotyczno-religijne w mieszkaniu.

We "Wszystkich świętych" autorstwa Jarosława Jakubowskiego plany sceniczne osadził Faruga w czasie przeszłym, tak sprzed zgoła dwudziestu laty. Taka Polska "B". Większość postaci swobodnie przemieszcza się po planach, zmienia przestrzeń. Każdy z bohaterów niesie swój krzyż, swój problem przez życie. Inaczej, jakby głębiej lub obok, rozumie swoje życie w religijności. Większość postaci mocniej i w dość wypaczony sposób przeżywa problem wiary. Albo przez śmierć na krzyżu, albo przez samobiczowanie, albo jak umierająca na łóżku Matka na sposób ceremonialno-wiejski.

Imponuje mi u Farugi to, co zostało zapomniane, pomijane przez reżyserów młodego pokolenia. Warsztat. Potrafi ten młody reżyser poprowadzić sceny grupowe, ustawić w nich aktorów. Umie, co dziś nie jest regułą, reżyserować akcję na kilku planach, symultanicznie. Potrafi, co już jest dziś mistrzostwem świata, ustawić rytmy. Wie kiedy przyspieszyć  kiedy zwolnić, spektakl układa w sinusoidę. Widać też gołym okiem, że aktorzy lubią z nim pracować, że mu wierzą.

"Reżyser ceremoniałów religijnych" - tak bym dzisiaj nazwał Farugę. Czekam, kiedy zmieni tematykę, zastanawiam się, w którą stronę pójdzie, jakie tematy go zainteresują? I mam nadzieję, że zapomniał wreszcie Pan Wojciech o ciężkich chwilach w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Ciężkich, sprzed czterech lat, gdy Paweł Miśkiewicz ówczesny dyrektor tej sceny, zdjął mu spektakl przed premierą. Dziś pewnie od ofert nie może sie opędzić. I dobrze. Trzymam kciuki za kolejne udane prezentacje sceniczne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz