poniedziałek, 10 grudnia 2012

Królowa śniegu


Królowa śniegu to spektakl niespójny, szkic reżyserski zaledwie, markowanie pracy, fastrygowanie. W zasadzie najmniej w tym przedstawieniu słynnej baśni. Andersena. Mamy, owszem, parę głównych bohaterów, dorosłych ludzi, a zamiast Królowej śnieg jedynie, na drzewach i płocie okalającym teatr. Co chwilę aktorzy otwierają drzwi sali teatralnej, byśmy poczuli powiew zimy.
Przestrzeń tego, granego podobno w stadninie koni w Wałbrzychu, spektaklu (widziałem prezentację podczas festiwalu Boska Komedia w Krakowie) jest ogromna. Po lewej stronie drewniane podwyższenie, taka antresola. To na niej w pierwszej scenie Kaj pieprzy się z Gerdą. Centralnie stoi kilka krzeseł, jakaś lampa, deski, reflektory.
Obserwujemy grupę zwariowanych polarników, na stacji na Antarktydzie. Niemal każdy z nich prowadzi dość prosty i głupawy w sumie eksperyment. Oczywiście, prezentują nam swoje dokonania, w scenie pewnie mającej uchodzić za wesołą. Pośród tej wesołej gromadki biegają nadpobudliwy Kaj i próbująca mu pomóc, szukająca go Gerda. Może to odosobnienie na stacji polarnej powoduje schizofreniczne wizje obojga? Polarnicy odgrywają role z baśni, poza tym wykonują wiele innych, niepowiązanych ze sobą czynności, na przykład ćwiczą step. I wszystko było by w porządku, mimo że nie najwyższych to lotów koncept reżysera, gdyby nie realizacja pomysłu.
W dwugodzinnym przedstawieniu sporo jest, że tak się wyrażę, leniwego szwendania się po scenie. Ktoś coś powie tak od czapy, ktoś inny od niechcenia to skomentuje, ktoś wejdzie napić się wódki, to znów pociąć drewno. Ktoś wyjdzie z sali na mróz, ktoś wejdzie, przejdzie, minie partnera, czasem się zatrzyma. Ot, taka próba do spektaklu, i to nawet nie generalna.
Borczucha najbardziej interesuje ciemny, kapiący seksualnością świat, zanurzenie w nim postaci. Niech się topią, niech skamlą, niech zżera ich żądza. W jednej ze scen polarnik niemal z wywieszonym jęzorem dobiera się do Gerdy, próbuje ją zgwałcić. W tym świecie z kobietami się nie kocha, nie sypia z nimi, je się rucha, rżnie, dupczy. Szarpie za włosy, wykorzystuje. Tu nawet kobieta kobietę zmusza do wysiłku, do fizycznej pracy, stojąc nad nią wydziera się. Każe rąbać drwa.
Przedstawienie jest zwyczajnie nudne. By tę nudę wzmocnić, reżyser w jednej ze scen usadza aktorkę na proscenium, na krześle. W rękach trzyma kawał lodu, inni zastygają, ktoś miarowo obchodzi scenę. I patrzymy przez kilka minut na topniejący lód. Na horyzoncie scenicznym otwarte drzwi, za nimi, po dworze przechadzają się aktorzy. Cisza, na widowni ktoś ziewa.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz