środa, 12 kwietnia 2017

"Jurorzy" - o jurorach lubelskich festiwali teatralnych



Festiwali teatralnych jakoś tak niebywale dużo w naszym mieście nie ma. A tych szkolnych, amatorskich, studenckich – ledwie garstka. Niezwykle istotne jest więc to, kto zasiada w jury i ocenia zmagania młodych twórców. Twórców, którzy nierzadko poświęcali swój wolny czas pro bono, siedzieli nocami, dziergali na scence swoje pomysły, kreowali rzeczywistość.

Dlaczego o tym piszę? Otóż dane mi było przebywać w ciągu roku na dwóch lubelskich festiwalach po dwóch stronach barykady. Raz w gronie moich rówieśników jurorowałem podczas festiwalu teatru młodzieżowego, drugim razem ze znacznie młodszymi osobami zasiadłem za stołem, by wysłuchać opinii jurorów o spektaklu, który z tymi młodymi zrobiłem.

Powiecie – swoiste rozdwojenie jaźni. W gronie kolegów, oceniając owoce pracy młodzieży, niezwykłą uwagę zwracaliśmy na prawdę przekazu, na to, na ile ta sceniczna wypowiedź jest autentycznym głosem uczniów, na ile oni sami mają możliwość mówienia o czymś dla nich istotnym. Dopytywaliśmy, staraliśmy się delikatnie nakierowywać.

W zeszłym miesiącu młodych aktorów oceniali z kolei starzy lubelscy wyjadacze, rzekłbym – jurorzy etatowi, lwy salonowe składów jurorskich. I… nie usłyszałem w zasadzie żadnej konstruktywnej krytyki, ot, jakieś zdawkowe oczywistości wypowiedziane od niechcenia między jednym ugryzieniem bezy a drugim. Jurorka nie sformułowała na temat naszego spektaklu nawet jednego składnego zdania. Powiedziała, że… miło jej się oglądało. Piszę to, bo jestem zażenowany. To chyba najlepsze określenie. I uważam, że należy wreszcie zacząć głośno mówić o tym, kto w tych konkursach ocenia i jakie ma ku temu kompetencje.

Robienie teatru, kiedy jest się w wieku dorastania, jest niezwykle istotne, bo wtedy młodzi ludzie mają okazję wypowiedzieć się na dręczące ich tematy. Poświęciliśmy zresztą poprzedni numer „Proscenium” młodzieżowemu teatrowi – odbyliśmy i wydrukowaliśmy rozmowę z dwojgiem pasjonatów. Tymczasem pasję na niedawnym lubelskim szkolnym festiwalu owszem, widziałem, ale pośród organizatorów. Patrzenie na leniwie punktujących jurorów w mocno średnim wieku, których twórczość znana jest jedynie na lubelskim podwórku, żenowało nie tylko mnie, ale i niektórych nauczycieli. Znam przypadek pedagożki, która celowo nie zgłasza swojej grupy (świetnej, pracującej na poezji), gdy w składzie jurorskim zasiada pewien Pan Juror.

Co miałem odpowiedzieć moim młodym aktorom na ich pytanie, kim są ci jurorzy? Bo mój zespół, interesując się polskim teatrem, ich nie zna. A skąd ma znać? Z reżyserowania bajek w Teatrze Muzycznym, bajek, których poziom woła o pomstę do nieba? Z prowadzenia tak zwanej prywatnej teatralnej „szkółki niedzielnej”? Czy może z reżyserowania składanek poetyckich – bądź niby-młodzieżowych spektakli nieznanych szerzej poza Lublinem?

Drodzy organizatorzy, korzystając z takich jurorów, zwyczajnie się ośmieszacie. Są w naszym mieście aktorzy i reżyserzy potrafiący pracować z młodzieżą, przygotowujący ją do studiów aktorskich: Ledwoń, Dobosz, Gąsiorowicz i wielu innych. Są reżyserzy znani w całym kraju: Passini, Witt-Michałowski. Jest świetny monodramista: Mateusz Nowak. Jest całe pokolenie trzydziestokilkulatków żyjące bieżącym teatrem, żyjące współczesnością. Dlaczego więc wciąż ufacie, że starsi panowie mają rację? Nie, nie mają.

Druk w numerze 4/2017 lubelskiej gazety teatralnej Proscenium

wtorek, 21 marca 2017

"Można absolutnie wszystko". Z Moniką Nitkiewicz i Pawłem Bednarczykiem o teatrze młodzieżowym rozmawiają Monika Błaszczak i Bartłomiej Miernik.


fot. Błąd, Teatr Notoco z Kraśnika


Monika Błaszczak: Czym tak właściwie jest teatr młodzieżowy, co jest dla niego charakterystyczne?

Paweł Bednarczyk: Jego istotą jest niedoskonałość. Teatr młodzieżowy to „teatr amatorski” – czyli z zasady tworzony przez amatorów – i w tym cały jego urok. Nie jesteśmy podpięci pod żadną linię programową, nie mamy dyrektora teatru, który by nam coś narzucał. Do teatru ciągnie nas pasja.

Bartłomiej Miernik: A pamiętajmy, że amator to z łaciny miłośnik – od słowa kochać: amo, amare. To tak naprawdę niezwykle pozytywne słowo i bardzo chciałbym, żeby wszyscy tworzący sztukę byli amatorami. Miłośnikami.

M.B.: Jak wygląda dobry spektakl teatru młodzieżowego?
Monika Nitkiewicz: Przede wszystkim mówi o problemach, które młodzież sama sobie wybrała do opracowania. W naszym kraśnickim teatrze NOTOCO mamy spektakle autorskie, więc nie musimy się do niczego dostosowywać, tylko po prostu sami układamy przedstawienie od początku do końca. Wtedy spektakl jest o tym, co nam w duszy gra, co młodzież sama chce przekazać, co ją nurtuje, co boli, z czym się zgadza lub nie.
M.B.: Często podkreśla się, że teatry młodzieżowe powinny poruszać właśnie problematykę młodzieżową.
P.B.: Poniekąd tak, chociaż często jest to błędnie interpretowane. Ludzie chcą zrobić spektakl kontrowersyjny, o młodzieży zdemoralizowanej, która bierze narkotyki, pije, jest agresywna i tak dalej. Zdarzają się wyjątki, natomiast najczęściej twórcy takiego przedstawienia mają tendencję do nienaturalnego dociskania, wyjaskrawienia tematu. No bo nie oszukujmy się, ostre narkotyki nie są problemem, z którym większość młodych ludzi styka się na co dzień. Uważam natomiast, że scena jest doskonałym miejscem do wypowiedzi dla młodych, którzy często mają może słabszy kontakt z rodzicami, przeżywają okres buntu, w szkole też nie mają okazji do wyrażenia siebie. Właśnie dlatego bardzo dobrze wspominam moje liceum, bo było tam miejsce, w którym mogłem otwarcie powiedzieć, co mnie rusza, jaki mam problem: scena.
M.N.: Moja grupa porusza czasami dosyć kontrowersyjne tematy. Zawsze na przeglądach teatralnych miałyśmy dyskusje z jurorami, którzy pytali, co takie niewinne dziewczynki wiedzą na temat pobytu w poprawczaku. Nie, nie były w poprawczaku, ale spotkały koleżankę, która była – i to je w jakiś sposób dotknęło. Nie zgadzam się, że teatr młodzieżowy musi być tylko o tym, czego młodzież doświadczyła bezpośrednio.
M.B.: Jak wygląda wasza organizacja pracy przy spektaklach?
M.N.: Jestem nie tylko instruktorką teatralną w domu kultury, ale też nauczycielką w szkole – i przez kilka lat prowadziłam tam teatr. Moim zdaniem ciekawiej pracuje się z młodzieżą w domu kultury, bo tam uczęszczają osoby, które naprawdę chcą coś zrobić, a w szkole często jednak dzieciakom zależy po prostu na ocenie. Chociaż tworzenie spektaklu z klasą to też jest fajne doświadczenie, nawiązuje się wtedy zupełnie inną relację z młodzieżą, nie taką nauczyciel–uczeń.
P.B.: W zeszłym roku zrobiłem dwa spektakle. W jednym – Pęd – występowałem tylko jako reżyser, a w drugim – Drabina – również zagrałem. Ten drugi robiłem z ludźmi, z którymi dobrze się znałem, więc nie było między nami relacji wyższości. W przypadku tego pierwszego okazało się jednak, że umiejscowienie reżysera w teatrze amatorskim jest bardzo trudne, bo trzeba znaleźć balans między zabawą i pewnymi zasadami, których nie można łamać. Od najmłodszych osób byłem starszy o dwa lata i momentalnie się z nimi zakumplowałem, więc próby zaczynaliśmy od tego, że sobie po prostu rozmawialiśmy, śmialiśmy się… Bardzo trudne było wtedy wprowadzenie dyscypliny i wejście na scenę. Czasem to zajmowało godzinę. Jednocześnie wiedziałem, że jest to potrzebne, bo absolutnie nie chciałem występować w roli złego pana, który stoi ponad nimi. Zabawna sytuacja, bo miałem wówczas przeprowadzić warsztaty pantomimiczne, żeby wyłonić osoby, z którymi zrobię spektakl. Ale w szkole zapowiedzieli mnie przez radiowęzeł: „Warsztaty poprowadzi pan Paweł Bednarczyk”. Pomyślałem, że to jest przecież jakaś katastrofa, bo ludzie dojdą do wniosku, że przyszedł do nich jakiś pan aktor – a ja byłem w trzeciej klasie, byłem ich kolegą! Zdawałem sobie sprawę, że ja sam się jeszcze uczę. Chociaż jednocześnie raz na jakiś czas musieli się mnie posłuchać. Podpisujemy się pod tym, słabej rzeczy nie będziemy pokazywać, musimy mieć przekonanie, że to, co zrobiliśmy, jest dobre.
B.M.: To przekonanie czasem bardzo przeszkadza w wysłuchaniu uwag. Jako juror takich przeglądów miałem często przypadki, że bardzo delikatne moim zdaniem uwagi powodowały awanturę albo totalne zamknięcie się w sobie.
P.B.: Tak, ale musimy wyjść na scenę ze świadomością, że to, co zrobiliśmy, jest dobre, bo inaczej nam słabo pójdzie i widz to wyczuje. A w teatrze widz odgrywa znaczącą rolę. To dla niego wychodzimy przecież na scenę.
M.B.: Kim jest ten widz? Dla kogo robicie spektakle?
B.M.: Czy przypadkiem żywot takiego przedstawienia nie kończy się po kilku pokazach dla rodziny i znajomych – oraz trzech festiwalach teatralnych w województwie?
M.N.: Jak grupa już istnieje parę lat, to pojawia się niebezpieczeństwo, że zaczyna się robić spektakle pod przegląd. Po iluś festiwalach zna się już opinie jurorów i zespół zaczyna kombinować, jak się przypodobać. Ale odbiorcą jest przede wszystkim rówieśnik danej grupy. Robimy to też dla siebie, bo sama praca nad spektaklem jest już fajnym procesem. Na koniec roku spektakl umiera, czasami zmienia się skład grupy, czasami spektakl grającym się zwyczajnie nudzi.
P.B.: Nie jest się uwiązanym. W teatrze dyrektor powie, że spektakl zagramy sto razy, więc gramy. Od tego w teatrze młodzieżowym trzeba uciekać. W Panopticum jeden spektakl zagraliśmy piętnaście czy osiemnaście razy i błagaliśmy już, żeby go zmienić, na co pan Wojtas mówił: „Ale to się podoba”. A my odpowiadaliśmy: „Ale nam się nie podoba”. Myślę, że głos przeważający powinien należeć w takiej sytuacji do grupy. Dlatego repertuar teatrów młodzieżowych zmienia się dość często.
B.M.: A co, kiedy wasze propozycje rozmijają się z oczekiwaniami publiczności? Jeśli w spektaklu padają wulgaryzmy, a występujecie przed publicznością mam, cioć, babć, to podejrzewam, że część widowni może to zaskoczyć. Czy teatr młodzieżowy jest pruderyjny? Czy nie jest nazbyt zachowawczy?
P.B.: Jak się wychodzi na scenę, to trzeba wiedzieć, że można tam zrobić absolutnie wszystko, ale trzeba też umieć uzasadnić, dlaczego się to zrobiło. Brak balansu między tymi dwiema zasadami powoduje, że teatr jest albo zbyt zachowawczy, albo zbyt dociśnięty, i to czuć.
M.B.: Młodzi ludzie nie zdają sobie sprawy, że pewne rozwiązania wyglądają po prostu sztucznie, bo nie oglądają innych spektakli. Nie wiedzą, skąd czerpać inspiracje.
B.M.: Młodzież jak młodzież, ale instruktorzy nie wiedzą. Obejrzałem zastraszającą ilość spektakli młodzieżowych autorstwa instruktorów, którzy mają jedynie jakieś wyobrażenie o współczesnym teatrze. Estetyka przełomu lat 80. i 90. w wydaniu aktorów nieprofesjonalnych, pokazywana w 2017 roku, staje się synonimem piekła. Oglądałem na przykład Pana Tadeusza przepisanego na hip-hop, zrobił go pięćdziesięcioletni pan, który uważał, że my – jurorzy – się go czepiamy, bo on przecież zrobił to bardzo współcześnie. Najgorzej, kiedy właśnie nie ma tej inspiracji, instruktorzy nie czytają, nie oglądają, tylko „robią teatr”.
M.N.: Trzeba przede wszystkim pokazywać młodzieży jak najwięcej. Jak jesteśmy na przeglądzie, to każę moim dziewczynom oglądać wszystko. Nie zawsze jest możliwość, żeby młodzież zawozić do teatru, ale staram się, żeby jak najwięcej teatru przyjechało do nas. Bo teatr nie bierze się z próżni. Młodzież nie będzie się rozwijać, jeśli ktoś nie popchnie jej w odpowiednim kierunku, trzeba ją troszeczkę nakierować.
M.B.: Mówiliśmy, że w teatr młodzieżowy jest wpisana niedoskonałość. Jak więc oceniać te nie najlepsze spektakle? Szczerze krytykować, czy jednak docenić, że młodzi ludzie poświęcili swój wolny czas na zrobienie czegoś twórczego?
P.B.: Ja generalnie nie uznaję czegoś takiego jak „docenianie starań”. Mojej grupie powiedziałem na samym wstępie, żeby przed krytyką nie zasłaniali się tym, że „się napracowali”. Można się napracować i robić przez pół dnia ciasto, ale jak się jest słabym cukiernikiem, to wyjdzie zakalec. Może jak dziecko ma 5–6 lat, to jego mama zje tego zakalca i powie „Pyszne, bo się postarałeś”, ale generalnie to ciasto ma być przecież smaczne.
B.M.: No właśnie, ale czy przypadkiem tą szczerą krytyką nie możesz kogoś zamknąć, oddalić od teatru?
M.N.: Daleka jestem od tego, żeby komuś robić krzywdę. Źle bym się czuła, gdyby ktoś mi powiedział: „Jesteś do kitu”. Jako instruktor muszę tak pokombinować, żeby dziecko poradziło sobie ze swoim zadaniem. Kiedy robiłam spektakl w klasie, to wszyscy chcieli wziąć w nim udział, żeby dostać piątki, ale niekoniecznie każdy chciał występować na scenie – więc niektórzy robili dekoracje, obsługiwali sprzęt. Każdy czuł się potrzebny i nie robił tego, czego nie lubi robić. Miałam kiedyś w grupie teatralnej dziewczynkę z fatalną wadą wymowy, nie wymawiała jednej głoski, ale dobrze się bawiła na scenie, więc zmieniałam jej kwestie tak, żeby tej głoski w nich nie było.
B.M.: To też pytanie, na ile jesteśmy instruktorami, a na ile pedagogami, psychologami, powiernikami. Mam wrażenie, że trochę też zdejmujemy z młodzieży blokady, pomagamy osobom, które mają problem z otwartością w życiu prywatnym.
M.N.: Mam grupę, z którą pracuję już siódmy rok. Dziewczyny zaczynały, jak były w czwartej klasie, teraz są w drugiej liceum. Jedna z nich powiedziała mi: „Jejku, to pani jest z nami już przez większość naszego życia”. Po tych osobach bardzo widać rozwój – a to jest chyba najważniejsze w takiej grupie teatralnej. Dzieci stają się inne, rozkwitają na scenie. Teatr bardzo dużo daje, jeśli chodzi o rozwój osobisty młodego człowieka – bo to, co robi na scenie, przekłada się na to, co robi w życiu. A to, czy ktoś zostanie aktorem, czy nie, to sprawa drugorzędna.


Monika Nitkiewicz – nauczycielka, instruktorka, reżyserka, prowadzi Teatr NOTOCO w Centrum Kultury i Promocji w Kraśniku.
Paweł Bednarczyk – student dziennikarstwa UW.

Monika Błaszczak – studentka edytorstwa KUL.

Druk w numerze 3/2017 lubelskiej gazety teatralnej Proscenium

piątek, 17 marca 2017

"Jesień na Plutonie", Teatr im. Łesi Ukrainki we Lwowie, reż. Saszko Brama



Jesień

Jest w tym przedstawieniu coś niepokojącego, ale szczerego zarazem. Atmosfera końca życia, odejścia, kresu, powolnego rozkładu, ale podana z humorem, lekko, bez patosu.

Oto poznajemy kilkoro starszych ludzi, którzy opowiadają nam ze sceny o swoim życiu. Niespiesznie, w tempie wlokącym się. Wykonano tych bohaterów – lalki w technice muppetów – niezwykle sugestywnie, z dbałością o każdy szczegół. Dość powiedzieć, że w mdłym świetle sceny łatwo się nabrać – tu ogromna zasługa animatorów – że oto rozmawia z nami starszy człowiek, a nie lalka. Osoby będące u kresu życia opowiadają nam o swoich perypetiach, o życiu w domu spokojnej starości gdzieś pod Lwowem, o marzeniach, planach (sic!), mimo że mają przecież już skończone osiemdziesiąt lat. Ich narracja jest nieciągła, fragmenty urywane, niedokończone, powracające – pamięć bowiem zawodzi.

Nasi bohaterowie są animowani przez młodych ludzi, którzy w pewnym momencie zrzucają z siebie materiał. Widzimy wtedy dwudziestoparoletnie osoby, tańczące w parterze, pośród porzuconych artefaktów starości, w pyle sceny. Ciekawa to zresztą scena, scena starego Teatru Łesi Ukrainki, z reflektorami pamiętającymi jeszcze powojenną władzę sowiecką, z odrapanym horyzontem sceny, przetarciami, sypiącym się tynkiem. Tak więc wszystko tu ze sobą gra, upływ czasu odczuwamy niemal fizycznie.

Widownię wypełnioną do ostatniego miejsca stanowią głównie młodzi ludzie. Ten spektakl to we Lwowie wydarzenie, środki zebrano dzięki pomocy widzów na portalu społecznościowym. Starannie wykonano lalki, stworzono dramaturgię, nagrano wypowiedzi osób będących w jesieni życia, by podczas prezentacji puszczać je z nagrań przez głośniki ukryte gdzieś w środku lalek.

Dużo tu jest nostalgii, tęsknoty za minionym, za tym, co już nie powróci, sporo tłumionej rozpaczy. I maestrii w prowadzeniu swoich bohaterów. Te maleńkie kroczki, ta powolność w ruchu, zastanowienie, pauzy – i przyspieszenie, gdy powraca pamięć młodości. To szuranie, wzajemne docinki, jazda na wózku inwalidzkim, ogromna chęć dalszego życia, ale i pogodzenia z losem.

Marzy mi się, by któryś z naszych festiwali zainteresował się tą oddolną lwowską inicjatywą i zaprosił młodych ludzi do Lublina. Temat jest obecnie nośny: jesień życia, odejście, kres – tutaj podany w wyrafinowanej formie plastycznej, w ciekawej oprawie, niebanalnie.

Druk w numerze 3/2017 lubelskiej gazety teatralnej Proscenium

piątek, 17 czerwca 2016

„Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, reż. Elżbieta Depta, Teatr im. Żeromskiego w Kielcach (premiera: 14 maja 2016 r.).

fot. Krzysztof Bieliński

Pomysł goni pomysł

Niełatwy to tekst. Mocny, intensywny reportaż. Adaptacja i przeniesienie go na warunki sceniczne również wydają się nieproste. Swietłana Aleksijewicz wprowadza bowiem w swojej książce pewną meliczność, do znudzenia wręcz wypytuje bohaterki o czas drugiej wojny światowej. To, że po tylu latach zaczęły wreszcie mówić o tym, jak wyglądała wojna ich oczami, jakie dantejskie sceny się toczyły na tyłach frontu, jest najmocniejszą cechą tego reportażu.

Kielecki spektakl cierpi na jedna poważną chorobę: chwiejną ścianę nośną, na której ledwie trzyma się cała dramaturgiczna konstrukcja. Oto mianowicie realia drugiej wojny światowej adaptatorki Elżbieta Depta (również reżyserka przedstawienia) i Justyna Pobiedzińska postanowiły wykorzystać do opowiadania o dzisiejszych wojnach i kobietach walczących na froncie. Naiwność czy głupota? Głupota w rodzaju dozbrajania dziarskich chłopców z grup rekonstrukcyjnych w karabiny przez ministra obrony narodowej, wierzącego/niewierzącego, że tak powstrzymamy wroga. Powstrzymamy jeśli każdy będzie miał karabin? Serio? W świecie dronów, niewykrywalnych samolotów i głowic atomowych. Bajki dla małych chłopców. Podobną bajkę snują realizatorki w kieleckiej interpretacji.

Spektakl zaczyna się w foyer teatru. Po schodach schodzi kobieta w pięknej czerwonej długiej sukni, zadaje widzom pytania o wojnę. Pytania niekiedy tendencyjne, z tezą. Nie bardzo wiem, po co ta sonda – ot, jeden z wielu pomysłów młodej reżyserki. Tych pomysłów będzie zresztą zaraz jeszcze więcej.

Przebrano oto aktorów w mundury krojem i detalami odwołujące się do amerykańskiej armii. Aktorzy grają groteskowo, disneyowsko niemal, co rzecz jasna śmieszy cześć widowni. Aktorki z kolei grają uciemiężone kobiety: strzyżone maszynkami, zagonione do ćwiczeń na poligonie, niemal tresowane. Sugerowałbym dramaturżce i reżyserce wybranie się w Kielcach do położonej kilkaset metrów od teatru jednostki przygotowującej żołnierzy do międzynarodowych misji. Dowództwo z pewnością zgodziłoby się by dziewczyny poobserwowały jak wygląda przygotowanie kobiet do misji, czym się zajmują, jak wyglądają ćwiczenia. Bo te – prezentowane nam w spektaklu są rodem z filmów „Pluton” czy „Czas apokalipsy”, bądź z rodzimej „Samowolki”.

Kłamstwem, głębokim fałszem jest, że oto kobiety w dzisiejszej armii amerykańskiej, identycznie jak te z Armii Czerwonej lat 1941-45, nie mają się gdzie myć, czym czesać, że oglądają stosy gnijących trupów i chodzą w tych samych majtach okrągły miesiąc. Drogie realizatorki – trwały manewry NATO „Anakonda” – sporo w nich uczestniczyło kobiet – powinnyście były wybrać się, prócz bazy w Kielcach, również tam, podejrzałybyście w jakich hotelach mieszkały uczestniczki. Armia amerykańska, o której chciałyście zrobić przedstawienie jest świetnie wyposażona a incydenty wykorzystywania kobiet zdarzają się i u nas i tam, ale są to, uwaga: incydenty, zręcznie sfilmowane w hollywoodzkiej produkcji Ridleya Scotta pt. „G.I. Jane”, na podstawie której zrobiłyście jak sądzę tę adaptację. Obecna armia amerykańska, a ta pokazana w filmie sprzed dwudziestu lat mają się nijak do siebie. Nijak!

Teraz najważniejsze. To jest sprawnie zagrany spektakl. Gdyby nie chwiejna konstrukcja dramaturgiczna, stanowiłby na pewno mocny punkt sceny przy Sienkiewicza. Worki jak z okopów, wiele plastycznych pomysłów, jak ten z lalkami Barbie z poodrywanymi kończynami, czy sam mocny, intensywny początek. Piękny jest obraz tworzenia pacyfki z kwiatów, gdy wokół strzelanina, gdy na projekcjach tygrys pożera krwiste mięso, pewnie przed chwilą upolowane. Piękne są plany świetlne. Projekcje są jednak kompletnie zbyteczne w tym spektaklu, niczego nie wnoszą, wprowadzają niepotrzebny szum, zbyteczny element. Są kolejnym pomysłem, ewidentnie świadczącym o tym, że reżyserka jeszcze nie potrafi rezygnować z pomysłów, ciąć, ograniczać się. To przychodzi z wiekiem. Widać również, jak mocno uwierzyły reżyserce aktorki. Grają nieźle poszczególne tematy.

Oglądałem dwie poprzednie realizacje tego reportażu. Świetną, dynamiczną koszalińską i olsztyńską opartą na słowie z minimalną akcją. Ta, kielecka sytuuje się gdzieś pośrodku. Wciąż wzorcem metra z Sèvres będzie koszalińskie odczytanie w reżyserii Pawła Palcata, wbijające umęczone kobiety w sytuację bez wyjścia, z pięknymi obrazami, z artefaktami zmieniającymi swoje znaczenie na scenie. W Kielcach pokazała się sprawna, młoda reżyserka Elżbieta Depta. W jej realizacji pomysł gonił pomysł, czym dynamizowała akcję. Miała oddane aktorki i aktorów, więc było co oglądać. Problem jednak w tym, że nie wystarczy zawiesić półtuszę świńską z plastiku tuż przed widzami i pobawić się w strzelanki, by stało się strasznie.

Na pewno wielkim plusem tej propozycji jest to, że możemy się zapoznać z reportażem sprzed już ponad trzydziestu lat. Możemy też podziwiać role kieleckich aktorów. Ale że są świetni to już przecież dobrze wiemy z wielu poprzednich realizacji.

czwartek, 9 czerwca 2016

„Miłość w Saybrook”, reż. Eugeniusz Korin, Teatr 6. piętro w Warszawie (premiera: 21 maja 2016 r.). Recenzuje Luiza Nowak.

fot. Jarosław Niemczak

Szablonowość i papierowość

Spektakl Miłość w Saybrook, mimo szumnych zapowiedzi twórców, nie jest „wyjątkową i niezwykle zabawną komedią”. Nie jest to też głęboka analiza ludzkich problemów i egzystencjalnych rozważań. Oglądając przedstawienie nie można oprzeć się wrażeniu pewnej wtórności, zarówno w płaskich kreacjach bohaterów, jak i w samych scenicznych wydarzeniach.
Akcja przedstawienia toczy się w letniskowej miejscowości Saybrook, w której mieszkają dwa małżeństwa, Norman (Marcin Perchuć) i Sheila (Sonia Bohosiewicz) oraz Jenny (Joanna Liszowska) i David (Wiktor Zborowski). Sielankową atmosferę letniego weekendu przerywa niespodziewane przybycie wcześniejszych właścicieli posiadłości, Sandy (Barbara Kurdej-Szatan) oraz Hala (Szymon Bobrowski). Niezapowiedziani goście przez przypadek doprowadzą do wyjawienia sekretu, który poróżni obie pary i doprowadzi do kryzysu między nimi. Oglądając pierwsze sceny, w których poznajemy relacje między bohaterami, od razu na myśl przychodzi atmosfera innego utworu Allena, filmu Seks nocy letniej. Ot, ciepłe lato, posiadłość za miastem i sekrety, które nie powinny ujrzeć światła dziennego. Jednak słabość bohaterów z Saybrook polega na ich szablonowości i papierowości. Chociaż oczywiście większość utworów nowojorskiego reżysera opiera się na dobrze znanych widzom schematach, to niekiedy zdarza się, że stają się one na swój sposób oryginalne. Otrzymują od aktorów charakterystyczne, indywidualne cechy i zostają w pamięci widzów. Niestety nie można tego powiedzieć o mieszkańcach Saybrook, którzy tylko przypominają nam postacie, które gdzieś już widzieliśmy. Papierowość i płaskość bohaterów może bronić się dopiero w momencie, gdy poznajemy ich prawdziwą tożsamość. Otóż, okazuje się, że skłócone małżeństwa są efektem wyobraźni pisarza Maxa (Andrzej Poniedzielski), który padł ofiarą własnej twórczości. Jego postacie zbuntowały się i ukryły go, uniemożliwiając mu napisanie ich dalszych losów. Niemal identyczny zabieg znamy z filmu Purpurowa róża z Kairu, w którym jedna z postaci opuszcza plan filmowy i przechodzi do rzeczywistego świata. Z kolei tworzenie alternatywnych wydarzeń nieistniejących bohaterów moglibyśmy obejrzeć chociażby w filmie Melinda i Melinda, w którym poznajemy dwie wersje wydarzeń wykreowane dla tych samych bohaterów. Można podejrzewać więc, że zbuntowane postacie w sposób zamierzony miały pokazywać swoją szablonowość i prostotę. W końcu Max nie dokończył swej sztuki, nie opisał dalszych losów bohaterów i nie dodał im egzystencjalnej głębi. Jednak nie tylko bohaterowie „sztuki w sztuce” (co z kolei przywodzi na myśl kolejny utwór Allena, pt. Bóg), rażą schematycznością i brakiem emocji. Jenny i Hal, jedyne oprócz Maxa „realne” postacie, są tak samo papierowe jak zbuntowani bohaterowie „sztuki w sztuce”. Zostają wciągnięci przez przypadek w wydarzenia, które toczą się w Saybrook. Staje się to zresztą pretekstem do analizy ich związku. Z pozoru błahe problemy i pretensje są tylko wierzchołkiem góry lodowej poważnego kryzysu. Małżeństwo, co częste u Allena, okazuje się być związkiem obcych sobie samotnych ludzi, wzajemnie oszukujących i zdradzających się. Jednak losy tej pary nie są pełne emocji. Nie czuć też między małżonkami chłodu, czy wzajemnej niechęci. Nie ma też namiętności, czy chemii. Ich relacja jest bez wyrazu i chociaż problemy małżeńskie mogłyby poruszać i działać na emocjach, nie robią tego. Pełne powagi sceny przerywane są komediowymi, prostymi i mało wyszukanymi scenami związanymi z losami zbuntowanych postaci. Co więcej, nie widać różnicy pomiędzy „postaciami fikcyjnymi”, a przedstawicielami „realnego świata”. I chociaż zabieg ten udał się we wcześniej wspomnianej Purpurowej róży z Kairu, w Miłości w Saybrook nie ma po nim śladu.

środa, 1 czerwca 2016

„Gąska”, reż. Bogusław Słupczyński, Scena Polska Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie (premiera: 21 maja 2016). Recenzuje Małgorzata Bryl.

fot. materiały promocyjne teatru


Jeden dzień z życia teatru na prowincji

Rosjanin Michaił Lermontow, jeden z najwybitniejszych dramatopisarzy XIX wieku zwykł był mawiać: „I byłoby to wszystko śmieszne, gdyby nie było takie smutne”. I jest to fraza dobrze oddająca klimat współczesnego dramatu Nikołaja Kolady, Gąska.

Bogusław Słupczyński, reżyser Gąski na Scenie Polskiej Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie, przechylił szalę emocji w tej tragikomedii w kierunku tragedii. To przedstawienie ciężkie od słów wykrzykiwanych w szale, grane ekspresyjnie przez aktorów, których postaci wpadają wręcz w spazmy rozpaczy czy furii. Choć reżyser od czasu do czasu puszcza do widzów komediowe oko, to tak pokierował aktorów, by ci rzadko kiedy wpadali w farsowe tony, a oddali pogłębione studium psychologiczne rozpaczy, złości, nienawiści czy frustracji. Jeśli nawet bohaterowie śmieją się ze swojego nieszczęścia, to jest to śmiech przez łzy, ogłupiały od smutku, grzęznący w gardle nim na dobre wydostanie się z płuc. Tak też śmieje się widownia, która z zapartym tchem i jakimś urzeczeniem typowym dla transu obserwuje bieg wydarzeń dramatycznej historii.

Dechowsk, małe robotnicze miasto, w którym ludzie żyją od pierwszego do pierwszego, zero perspektyw, nikt tu nie przyjeżdża. Zarośnięty chwastami dworzec i blade twarze sunące ulicami. Jest też prowincjonalny teatr dramatyczny, gdzie w tandetnej i brudnej scenografii co wieczór powtarzają swoje kwestie znużeni aktorzy. Natomiast kiedy opada kurtyna, zaczyna się najciekawsze przedstawienie. Nonna (Joanna Gruszka) to jeszcze gąska, początkująca aktorka, przede wszystkim jednak kruszycielka męskich serc, która jednocześnie uwiodła administratora teatru (Dariusz Waraksa) i dyrektora (Janusz Kaczmarski). Po upojnej nocy z dyrektorem teatru spędzonej w zapyziałym hotelu robotniczym, nakrywa ich aktorka, Ałła (Małgorzata Pikus). Kiedy dowiaduje się, że śliczna i młoda Nonna zaciągnęła do łóżka nie tylko jej męża – administratora teatru, ale i dyrektora, wpada w furię. Niecny plan przegonienia z teatru Gąski pomaga jej realizować przyjaciółka, Diana (Lidia Chrzanówna). Niestety, wszystko potoczy się tragicznie i w ogóle nie tak, jak przypuszczali bohaterowie.

W Gąsce bohaterowie cierpią z powodu nieodwzajemnionej miłości czy niezrealizowanych marzeń i kariery zawodowej. Jednak za swój parszywy los obwiniają nie siebie i to, co zrobili ze swoim życiem, ale miejsce, w którym mieszkają. „Tu nie da się żyć! Uciekajmy stąd jak najszybciej” - krzyczą od wielu lat, ale nic się nie zmienia. Następnego dnia znów budzą się w południe w swoim nędznym barłogu, popijają na pobudkę z flaszki stojącej pod łóżkiem, naciągają kapotę i idą na próbę do teatru. Nonna jest inna – życie jej jeszcze nie spowszedniało, jest świeża i ambitna. Całe życie przed nią, tyle miejsc do objechania. Z małą walizeczką na kółkach pełną kusicielskich fatałaszków jednego dnia może być tu, a drugiego dnia tam. Zasiedzieli od lat na prowincji, pełni goryczy aktorzy patrzą na pełną życia młódkę albo z zawiścią, albo z fascynacją.
Joanna Gruszka bez makijażu, zrobionej fryzury i w powyciąganym podkoszulku wypada przekonująco w roli dziewczyny, która ma jedynie głowę pełną marzeń i waleczne serce, by o swe marzenia zawalczyć. Kontrastują z nią „matrony”, diwy prowincjonalnego teatru, „znane wszystkim na mieście” (jak to mówi jedna z nich), czyli Ałła i Diana. Ukryte za misternym, grubym makijażem, dziwacznie ubrane zatraciły jakąkolwiek finezję. Są zmęczone życiem i sfrustrowane. Dopóki nie było Nonny, nikt im tego tak boleśnie nie uświadamiał. Z kolei męska część bohaterów, czyli administrator i dyrektor widzą w Gąsce ratunek dla siebie. To ona wnosi powiew świeżości w ich nudną i smętną egzystencję, powoduje dreszcz niepewności i adrenaliny, gdy wchodzi zimą do rzeki z dramatyczną groźbą, że się utopi. Sami nie wiedzą kiedy uzależniają się od tej chwilowej niesamowitości, zauroczeni do tego stopnia, że nie widzą, iż Nonna uwodzi ich jednocześnie. Jednak po tej zdradzie powrót do szarej rzeczywistości nie będzie już możliwy.

Kotłujące się od lat emocje wybuchają w jedno przedpołudnie, kiedy w pokoiku Nonny spotykają się przez przypadek wszyscy bohaterowie. Reżyser nie zmienił miejsca akcji. W obu częściach przedstawienia jest to zapyziały pokój hotelowy z dezelowanym sprzętem, zaś w głębi sceny znajduje się korytarz, w którym cały czas podsłuchują wścibscy sąsiedzi (Anna Paprzyca, Piotr Rodak), którzy w najlepsze zamiatają lub pompują brzuszki, podczas najbardziej dramatycznych scen na pierwszym planie – to jedne z nielicznych komediowych akcentów tego przedstawienia. Rekwizyty, jak walizka, puchowa pierzyna, stołek czy wieszak często służą też do wyładowania złości przez bohaterów, którzy w furii rzucają nimi w siebie na tyle gwałtownie, że widzowie w pierwszych rzędach czują się czasem poważnie zagrożeni. Rzecz jasna, ruch sceniczny jest na tyle wyćwiczony, że nikomu nic nie zagraża.

Zespół aktorów, którzy wystąpią w Gąsce, widzowie znają, ale chciałbym, żeby ich w tym spektaklu nie poznali. Nie, nie będą przebrani. Wierzę w ich metamorfozę twórczą, aktorską. Wierzę, że będzie prawdziwie i będzie potem o czym myśleć” – napisał parę dni przed premierą na swoim blogu reżyser przedstawienia, Bogusław Słupczyński. Kluczem do opisu gry zespołu Sceny Polskiej w tym przedstawieniu jest właśnie wspomniana „prawdziwość” i „metamorfoza” aktorów, może na skutek pracy z reżyserem, który zaproponował im nowe metody pracy (Słupczyński pracował w Teatrze Cieszyńskim po raz pierwszy). A może też dlatego, że po części zagrali samych siebie...? Jakakolwiek byłaby odpowiedź, Gąska w ich wykonaniu to historia bolesna, ale przyciągająca jak magnes. Spektakl premierowy został zagrany przez aktorów z energią oraz oddaniem i pozostaje mieć nadzieję, że nie wyparują one wraz z kolejnymi wystawieniami.

środa, 18 maja 2016

38. Wojewódzki Przegląd Teatrów Młodzieżowych Scena Młodych w Lublinie (13–15 kwietnia 2016)

Teatr NOTOCO z Kraśnika; fot. Grzegorz Żak

Teatr współczesny?

Kilkanaście lat temu rząd Francji przeznaczył ogromną sumę euro na dofinansowanie teatru dziecięcego i młodzieżowego. Poproszono dramatopisarzy, by napisali sztuki o współczesnych problemach współczesnym językiem oraz by tworzyli je wraz z reżyserami – podczas prób na scenie,  czyli dokładnie tak, jak obecnie najczęściej pracuje się w teatrach. Stworzono zatem detaliczny program grantowy dla teatrów repertuarowych na pracę z młodzieżą i stypendialny program dla reżyserów, dramaturgów, by część swojej aktywności skierowali właśnie ku młodzieży. Dzisiaj francuski teatr i dramaturgia dla młodzieży należą do najprężniejszych w Europie. Szczęśliwie mamy okazję zapoznawać się z nimi dzięki oficynie wydawniczej Drameducation z Poznania, drukującej współczesny dramat frankofoński.

Niestety po obejrzeniu dwudziestu sześciu prezentacji podczas tegorocznej Sceny Młodych doszedłem do przykrej konstatacji, że dzieli nas od Francji odległość tak duża, jak między paciorkami z neolitu, a kolią diamentów. Ogromna większość pisanych przez zespoły tekstów cierpi na dwie choroby: albo napisana jest przez instruktorów językiem w najlepszym razie bełkotliwym, albo zwyczajnie banalizuje postrzeganie rzeczywistości. Szczytem sadyzmu było ubranie licealistów z V LO w Lublinie w dziecięce stroje i kalesonki, a następnie kazanie im deklamować infantylne bajki. Przykłady można by mnożyć. Mocniejszy, ostry, młodzieżowy język pojawił się raz (sic!) w jednej tylko prezentacji z Kraśnika. Tłumaczyłem instruktorom, że odgrywanie przez gimnazjalistów scen z Powstania ‘44 roku w formie rekonstrukcji ociera się o banał. Nauczycielom pracującym z dziećmi najchętniej podsunąłbym współczesne bajki Maliny Prześlugi, Marty Guśniowskiej czy Roberta Jarosza, czyli uznanych już dramatopisarzy, których sztuki grywa się w teatrach w całej Polsce.

Młodzież i instruktorzy, ku mojemu zdziwieniu, zupełnie nie oglądają współczesnego teatru. Stąd ich propozycje repertuarowe i estetyczne zatrzymały się gdzieś w latach dziewięćdziesiątych. Ciężko ogląda się płody ich wspólnej pracy. Gdy zapytałem jedną z grup podczas omówienia, kto oglądał jakiś spektakl w ostatnim miesiącu, to okazało się, że ręce podniosły trzy osoby z dziesięciu. Byli w Osterwie. Z klasą. Tymczasem, by robić współczesny teatr, trzeba nim zwyczajnie... żyć. Czuć puls współczesności, próbować dotrzeć, zrozumieć, przeczytać, czym żyje współczesna sztuka. Ubierając w kalesony młodych ludzi, otrzecie się, drodzy państwo, o śmieszność! Zdarza się też, niestety, że instruktor przebierze młodzież w kostiumy z epoki, założy im maski i podsunie tak zwaną galanterię teatralną, niby-żyćko sceniczne, jak to miało miejsce w propozycji lubelskiego Teatru Satyry Zielona Mrówa. W takim anturażu poruszenie każdego utworu pisanego wierszem będzie się wydawać banalne i – jak to się mawia w środowisku teatralnym – „paszka, paszka, dowcipas goni dowcipas”.

Najbardziej w tym galimatiasie doceniłem szczerość i autentyczność w pracy z młodymi ludźmi. Niedoróbki warsztatu są w tym wieku czymś oczywistym, za to chęć wypowiedzenia się na dręczące, ważne problemy to coś, co stanowi siłę młodzieży występującej na scenie. Bunt jest w tym wieku ważny, bo jeśli się nie zbuntują i jeszcze w wieku szkolnym nie wezmą za rogi z rzeczywistością, to strach pomyśleć, jak będzie wyglądała ich dorosłość. Teatr doskonale w tym pomaga – scena wręcz prosi się o wyrazistość. Teatr NOTOCO z Centrum Kultury i Promocji w Kraśniku pokazał problem dziewczyn z ośrodków wychowawczych, Teatr AMATORZY z Bursy Szkolnej nr 5 w Lublinie poruszył temat inności i obcości w środowisku młodzieżowym, a dzieci z ABRA-KADABRA z Zespołu Szkół w Księżomierzy zmierzył się z uzależnieniem od internetu.

Warto też, oczywiście, pracować z młodzieżą nad dobrą literaturą. Świetnie, twórczo, dowcipnie i celnie uruchomiono teatralnie na przykład wiersze Wisławy Szymborskiej. Nie deklamowano, a właśnie teatralizowano sensy i wątki w przedstawieniu Teatru BEZ DIDASKALIÓW z Gimnazjum nr 9 w Lublinie. Zachwyciły mnie dzieci z Trawnik, nieźle poprowadzone przez Arkadiusza Jurka w spektaklu pt. Szafa, prezentujące małe arcydzieło o funkcjonalności zwykłej-niezwykłej szafy. I to w czarnym teatrze! Jakże rzadko w pracy z młodzieżą instruktor decyduje się na taką formę plastyczną, odchodząc od nieznośnego psychologizowania.

Perełek było więc kilka, choćby pulsujący młodzieńczym rytmem Teatr KONTAKT z Włodawy. I na koniec: jeśli macie, drodzy instruktorzy i nauczyciele, problem ze współczesnymi tekstami – a widać, że macie – wejdźcie na stronę: www.drameducation.eu i napiszcie tam maila do dyrekcji. Myślę, że wam pomogą i wyślą już przetłumaczone współczesne francuskie i belgijskie dramaty. A może nawet, jeśli dostrzegą w was zapał, to i zaproszą autora na premierę? Wszystko jest możliwe. Naprawdę – warto spróbować.

Dobrze, że Scena Młodych ma w Centrum Kultury swoje miejsce, że organizują ją  pasjonaci, oddani pracy z młodzieżą. Ciekaw jestem, w jakim kierunku będzie się ona zmieniać, bo właśnie prosząc o zmianę, piszę ten tekst. A o tym, że coroczne prezentacje są ważne, napisała mi po festiwalu Patrycja – jedna z uczestniczących w przeglądzie gimnazjalistek: „Chciałam podziękować za dzisiaj i za dzisiejszy miły komentarz, który był skierowany do mnie. Dało mi to dalszą i większą motywację do działania w aktorstwie”.

Tekst ukazał się w majowym numerze (5/2016) lubelskiego miesięcznika Proscenium.