piątek, 17 czerwca 2016

„Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, reż. Elżbieta Depta, Teatr im. Żeromskiego w Kielcach (premiera: 14 maja 2016 r.).

fot. Krzysztof Bieliński

Pomysł goni pomysł

Niełatwy to tekst. Mocny, intensywny reportaż. Adaptacja i przeniesienie go na warunki sceniczne również wydają się nieproste. Swietłana Aleksijewicz wprowadza bowiem w swojej książce pewną meliczność, do znudzenia wręcz wypytuje bohaterki o czas drugiej wojny światowej. To, że po tylu latach zaczęły wreszcie mówić o tym, jak wyglądała wojna ich oczami, jakie dantejskie sceny się toczyły na tyłach frontu, jest najmocniejszą cechą tego reportażu.

Kielecki spektakl cierpi na jedna poważną chorobę: chwiejną ścianę nośną, na której ledwie trzyma się cała dramaturgiczna konstrukcja. Oto mianowicie realia drugiej wojny światowej adaptatorki Elżbieta Depta (również reżyserka przedstawienia) i Justyna Pobiedzińska postanowiły wykorzystać do opowiadania o dzisiejszych wojnach i kobietach walczących na froncie. Naiwność czy głupota? Głupota w rodzaju dozbrajania dziarskich chłopców z grup rekonstrukcyjnych w karabiny przez ministra obrony narodowej, wierzącego/niewierzącego, że tak powstrzymamy wroga. Powstrzymamy jeśli każdy będzie miał karabin? Serio? W świecie dronów, niewykrywalnych samolotów i głowic atomowych. Bajki dla małych chłopców. Podobną bajkę snują realizatorki w kieleckiej interpretacji.

Spektakl zaczyna się w foyer teatru. Po schodach schodzi kobieta w pięknej czerwonej długiej sukni, zadaje widzom pytania o wojnę. Pytania niekiedy tendencyjne, z tezą. Nie bardzo wiem, po co ta sonda – ot, jeden z wielu pomysłów młodej reżyserki. Tych pomysłów będzie zresztą zaraz jeszcze więcej.

Przebrano oto aktorów w mundury krojem i detalami odwołujące się do amerykańskiej armii. Aktorzy grają groteskowo, disneyowsko niemal, co rzecz jasna śmieszy cześć widowni. Aktorki z kolei grają uciemiężone kobiety: strzyżone maszynkami, zagonione do ćwiczeń na poligonie, niemal tresowane. Sugerowałbym dramaturżce i reżyserce wybranie się w Kielcach do położonej kilkaset metrów od teatru jednostki przygotowującej żołnierzy do międzynarodowych misji. Dowództwo z pewnością zgodziłoby się by dziewczyny poobserwowały jak wygląda przygotowanie kobiet do misji, czym się zajmują, jak wyglądają ćwiczenia. Bo te – prezentowane nam w spektaklu są rodem z filmów „Pluton” czy „Czas apokalipsy”, bądź z rodzimej „Samowolki”.

Kłamstwem, głębokim fałszem jest, że oto kobiety w dzisiejszej armii amerykańskiej, identycznie jak te z Armii Czerwonej lat 1941-45, nie mają się gdzie myć, czym czesać, że oglądają stosy gnijących trupów i chodzą w tych samych majtach okrągły miesiąc. Drogie realizatorki – trwały manewry NATO „Anakonda” – sporo w nich uczestniczyło kobiet – powinnyście były wybrać się, prócz bazy w Kielcach, również tam, podejrzałybyście w jakich hotelach mieszkały uczestniczki. Armia amerykańska, o której chciałyście zrobić przedstawienie jest świetnie wyposażona a incydenty wykorzystywania kobiet zdarzają się i u nas i tam, ale są to, uwaga: incydenty, zręcznie sfilmowane w hollywoodzkiej produkcji Ridleya Scotta pt. „G.I. Jane”, na podstawie której zrobiłyście jak sądzę tę adaptację. Obecna armia amerykańska, a ta pokazana w filmie sprzed dwudziestu lat mają się nijak do siebie. Nijak!

Teraz najważniejsze. To jest sprawnie zagrany spektakl. Gdyby nie chwiejna konstrukcja dramaturgiczna, stanowiłby na pewno mocny punkt sceny przy Sienkiewicza. Worki jak z okopów, wiele plastycznych pomysłów, jak ten z lalkami Barbie z poodrywanymi kończynami, czy sam mocny, intensywny początek. Piękny jest obraz tworzenia pacyfki z kwiatów, gdy wokół strzelanina, gdy na projekcjach tygrys pożera krwiste mięso, pewnie przed chwilą upolowane. Piękne są plany świetlne. Projekcje są jednak kompletnie zbyteczne w tym spektaklu, niczego nie wnoszą, wprowadzają niepotrzebny szum, zbyteczny element. Są kolejnym pomysłem, ewidentnie świadczącym o tym, że reżyserka jeszcze nie potrafi rezygnować z pomysłów, ciąć, ograniczać się. To przychodzi z wiekiem. Widać również, jak mocno uwierzyły reżyserce aktorki. Grają nieźle poszczególne tematy.

Oglądałem dwie poprzednie realizacje tego reportażu. Świetną, dynamiczną koszalińską i olsztyńską opartą na słowie z minimalną akcją. Ta, kielecka sytuuje się gdzieś pośrodku. Wciąż wzorcem metra z Sèvres będzie koszalińskie odczytanie w reżyserii Pawła Palcata, wbijające umęczone kobiety w sytuację bez wyjścia, z pięknymi obrazami, z artefaktami zmieniającymi swoje znaczenie na scenie. W Kielcach pokazała się sprawna, młoda reżyserka Elżbieta Depta. W jej realizacji pomysł gonił pomysł, czym dynamizowała akcję. Miała oddane aktorki i aktorów, więc było co oglądać. Problem jednak w tym, że nie wystarczy zawiesić półtuszę świńską z plastiku tuż przed widzami i pobawić się w strzelanki, by stało się strasznie.

Na pewno wielkim plusem tej propozycji jest to, że możemy się zapoznać z reportażem sprzed już ponad trzydziestu lat. Możemy też podziwiać role kieleckich aktorów. Ale że są świetni to już przecież dobrze wiemy z wielu poprzednich realizacji.

czwartek, 9 czerwca 2016

„Miłość w Saybrook”, reż. Eugeniusz Korin, Teatr 6. piętro w Warszawie (premiera: 21 maja 2016 r.). Recenzuje Luiza Nowak.

fot. Jarosław Niemczak

Szablonowość i papierowość

Spektakl Miłość w Saybrook, mimo szumnych zapowiedzi twórców, nie jest „wyjątkową i niezwykle zabawną komedią”. Nie jest to też głęboka analiza ludzkich problemów i egzystencjalnych rozważań. Oglądając przedstawienie nie można oprzeć się wrażeniu pewnej wtórności, zarówno w płaskich kreacjach bohaterów, jak i w samych scenicznych wydarzeniach.
Akcja przedstawienia toczy się w letniskowej miejscowości Saybrook, w której mieszkają dwa małżeństwa, Norman (Marcin Perchuć) i Sheila (Sonia Bohosiewicz) oraz Jenny (Joanna Liszowska) i David (Wiktor Zborowski). Sielankową atmosferę letniego weekendu przerywa niespodziewane przybycie wcześniejszych właścicieli posiadłości, Sandy (Barbara Kurdej-Szatan) oraz Hala (Szymon Bobrowski). Niezapowiedziani goście przez przypadek doprowadzą do wyjawienia sekretu, który poróżni obie pary i doprowadzi do kryzysu między nimi. Oglądając pierwsze sceny, w których poznajemy relacje między bohaterami, od razu na myśl przychodzi atmosfera innego utworu Allena, filmu Seks nocy letniej. Ot, ciepłe lato, posiadłość za miastem i sekrety, które nie powinny ujrzeć światła dziennego. Jednak słabość bohaterów z Saybrook polega na ich szablonowości i papierowości. Chociaż oczywiście większość utworów nowojorskiego reżysera opiera się na dobrze znanych widzom schematach, to niekiedy zdarza się, że stają się one na swój sposób oryginalne. Otrzymują od aktorów charakterystyczne, indywidualne cechy i zostają w pamięci widzów. Niestety nie można tego powiedzieć o mieszkańcach Saybrook, którzy tylko przypominają nam postacie, które gdzieś już widzieliśmy. Papierowość i płaskość bohaterów może bronić się dopiero w momencie, gdy poznajemy ich prawdziwą tożsamość. Otóż, okazuje się, że skłócone małżeństwa są efektem wyobraźni pisarza Maxa (Andrzej Poniedzielski), który padł ofiarą własnej twórczości. Jego postacie zbuntowały się i ukryły go, uniemożliwiając mu napisanie ich dalszych losów. Niemal identyczny zabieg znamy z filmu Purpurowa róża z Kairu, w którym jedna z postaci opuszcza plan filmowy i przechodzi do rzeczywistego świata. Z kolei tworzenie alternatywnych wydarzeń nieistniejących bohaterów moglibyśmy obejrzeć chociażby w filmie Melinda i Melinda, w którym poznajemy dwie wersje wydarzeń wykreowane dla tych samych bohaterów. Można podejrzewać więc, że zbuntowane postacie w sposób zamierzony miały pokazywać swoją szablonowość i prostotę. W końcu Max nie dokończył swej sztuki, nie opisał dalszych losów bohaterów i nie dodał im egzystencjalnej głębi. Jednak nie tylko bohaterowie „sztuki w sztuce” (co z kolei przywodzi na myśl kolejny utwór Allena, pt. Bóg), rażą schematycznością i brakiem emocji. Jenny i Hal, jedyne oprócz Maxa „realne” postacie, są tak samo papierowe jak zbuntowani bohaterowie „sztuki w sztuce”. Zostają wciągnięci przez przypadek w wydarzenia, które toczą się w Saybrook. Staje się to zresztą pretekstem do analizy ich związku. Z pozoru błahe problemy i pretensje są tylko wierzchołkiem góry lodowej poważnego kryzysu. Małżeństwo, co częste u Allena, okazuje się być związkiem obcych sobie samotnych ludzi, wzajemnie oszukujących i zdradzających się. Jednak losy tej pary nie są pełne emocji. Nie czuć też między małżonkami chłodu, czy wzajemnej niechęci. Nie ma też namiętności, czy chemii. Ich relacja jest bez wyrazu i chociaż problemy małżeńskie mogłyby poruszać i działać na emocjach, nie robią tego. Pełne powagi sceny przerywane są komediowymi, prostymi i mało wyszukanymi scenami związanymi z losami zbuntowanych postaci. Co więcej, nie widać różnicy pomiędzy „postaciami fikcyjnymi”, a przedstawicielami „realnego świata”. I chociaż zabieg ten udał się we wcześniej wspomnianej Purpurowej róży z Kairu, w Miłości w Saybrook nie ma po nim śladu.

środa, 1 czerwca 2016

„Gąska”, reż. Bogusław Słupczyński, Scena Polska Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie (premiera: 21 maja 2016). Recenzuje Małgorzata Bryl.

fot. materiały promocyjne teatru


Jeden dzień z życia teatru na prowincji

Rosjanin Michaił Lermontow, jeden z najwybitniejszych dramatopisarzy XIX wieku zwykł był mawiać: „I byłoby to wszystko śmieszne, gdyby nie było takie smutne”. I jest to fraza dobrze oddająca klimat współczesnego dramatu Nikołaja Kolady, Gąska.

Bogusław Słupczyński, reżyser Gąski na Scenie Polskiej Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie, przechylił szalę emocji w tej tragikomedii w kierunku tragedii. To przedstawienie ciężkie od słów wykrzykiwanych w szale, grane ekspresyjnie przez aktorów, których postaci wpadają wręcz w spazmy rozpaczy czy furii. Choć reżyser od czasu do czasu puszcza do widzów komediowe oko, to tak pokierował aktorów, by ci rzadko kiedy wpadali w farsowe tony, a oddali pogłębione studium psychologiczne rozpaczy, złości, nienawiści czy frustracji. Jeśli nawet bohaterowie śmieją się ze swojego nieszczęścia, to jest to śmiech przez łzy, ogłupiały od smutku, grzęznący w gardle nim na dobre wydostanie się z płuc. Tak też śmieje się widownia, która z zapartym tchem i jakimś urzeczeniem typowym dla transu obserwuje bieg wydarzeń dramatycznej historii.

Dechowsk, małe robotnicze miasto, w którym ludzie żyją od pierwszego do pierwszego, zero perspektyw, nikt tu nie przyjeżdża. Zarośnięty chwastami dworzec i blade twarze sunące ulicami. Jest też prowincjonalny teatr dramatyczny, gdzie w tandetnej i brudnej scenografii co wieczór powtarzają swoje kwestie znużeni aktorzy. Natomiast kiedy opada kurtyna, zaczyna się najciekawsze przedstawienie. Nonna (Joanna Gruszka) to jeszcze gąska, początkująca aktorka, przede wszystkim jednak kruszycielka męskich serc, która jednocześnie uwiodła administratora teatru (Dariusz Waraksa) i dyrektora (Janusz Kaczmarski). Po upojnej nocy z dyrektorem teatru spędzonej w zapyziałym hotelu robotniczym, nakrywa ich aktorka, Ałła (Małgorzata Pikus). Kiedy dowiaduje się, że śliczna i młoda Nonna zaciągnęła do łóżka nie tylko jej męża – administratora teatru, ale i dyrektora, wpada w furię. Niecny plan przegonienia z teatru Gąski pomaga jej realizować przyjaciółka, Diana (Lidia Chrzanówna). Niestety, wszystko potoczy się tragicznie i w ogóle nie tak, jak przypuszczali bohaterowie.

W Gąsce bohaterowie cierpią z powodu nieodwzajemnionej miłości czy niezrealizowanych marzeń i kariery zawodowej. Jednak za swój parszywy los obwiniają nie siebie i to, co zrobili ze swoim życiem, ale miejsce, w którym mieszkają. „Tu nie da się żyć! Uciekajmy stąd jak najszybciej” - krzyczą od wielu lat, ale nic się nie zmienia. Następnego dnia znów budzą się w południe w swoim nędznym barłogu, popijają na pobudkę z flaszki stojącej pod łóżkiem, naciągają kapotę i idą na próbę do teatru. Nonna jest inna – życie jej jeszcze nie spowszedniało, jest świeża i ambitna. Całe życie przed nią, tyle miejsc do objechania. Z małą walizeczką na kółkach pełną kusicielskich fatałaszków jednego dnia może być tu, a drugiego dnia tam. Zasiedzieli od lat na prowincji, pełni goryczy aktorzy patrzą na pełną życia młódkę albo z zawiścią, albo z fascynacją.
Joanna Gruszka bez makijażu, zrobionej fryzury i w powyciąganym podkoszulku wypada przekonująco w roli dziewczyny, która ma jedynie głowę pełną marzeń i waleczne serce, by o swe marzenia zawalczyć. Kontrastują z nią „matrony”, diwy prowincjonalnego teatru, „znane wszystkim na mieście” (jak to mówi jedna z nich), czyli Ałła i Diana. Ukryte za misternym, grubym makijażem, dziwacznie ubrane zatraciły jakąkolwiek finezję. Są zmęczone życiem i sfrustrowane. Dopóki nie było Nonny, nikt im tego tak boleśnie nie uświadamiał. Z kolei męska część bohaterów, czyli administrator i dyrektor widzą w Gąsce ratunek dla siebie. To ona wnosi powiew świeżości w ich nudną i smętną egzystencję, powoduje dreszcz niepewności i adrenaliny, gdy wchodzi zimą do rzeki z dramatyczną groźbą, że się utopi. Sami nie wiedzą kiedy uzależniają się od tej chwilowej niesamowitości, zauroczeni do tego stopnia, że nie widzą, iż Nonna uwodzi ich jednocześnie. Jednak po tej zdradzie powrót do szarej rzeczywistości nie będzie już możliwy.

Kotłujące się od lat emocje wybuchają w jedno przedpołudnie, kiedy w pokoiku Nonny spotykają się przez przypadek wszyscy bohaterowie. Reżyser nie zmienił miejsca akcji. W obu częściach przedstawienia jest to zapyziały pokój hotelowy z dezelowanym sprzętem, zaś w głębi sceny znajduje się korytarz, w którym cały czas podsłuchują wścibscy sąsiedzi (Anna Paprzyca, Piotr Rodak), którzy w najlepsze zamiatają lub pompują brzuszki, podczas najbardziej dramatycznych scen na pierwszym planie – to jedne z nielicznych komediowych akcentów tego przedstawienia. Rekwizyty, jak walizka, puchowa pierzyna, stołek czy wieszak często służą też do wyładowania złości przez bohaterów, którzy w furii rzucają nimi w siebie na tyle gwałtownie, że widzowie w pierwszych rzędach czują się czasem poważnie zagrożeni. Rzecz jasna, ruch sceniczny jest na tyle wyćwiczony, że nikomu nic nie zagraża.

Zespół aktorów, którzy wystąpią w Gąsce, widzowie znają, ale chciałbym, żeby ich w tym spektaklu nie poznali. Nie, nie będą przebrani. Wierzę w ich metamorfozę twórczą, aktorską. Wierzę, że będzie prawdziwie i będzie potem o czym myśleć” – napisał parę dni przed premierą na swoim blogu reżyser przedstawienia, Bogusław Słupczyński. Kluczem do opisu gry zespołu Sceny Polskiej w tym przedstawieniu jest właśnie wspomniana „prawdziwość” i „metamorfoza” aktorów, może na skutek pracy z reżyserem, który zaproponował im nowe metody pracy (Słupczyński pracował w Teatrze Cieszyńskim po raz pierwszy). A może też dlatego, że po części zagrali samych siebie...? Jakakolwiek byłaby odpowiedź, Gąska w ich wykonaniu to historia bolesna, ale przyciągająca jak magnes. Spektakl premierowy został zagrany przez aktorów z energią oraz oddaniem i pozostaje mieć nadzieję, że nie wyparują one wraz z kolejnymi wystawieniami.

środa, 18 maja 2016

38. Wojewódzki Przegląd Teatrów Młodzieżowych Scena Młodych w Lublinie (13–15 kwietnia 2016)

Teatr NOTOCO z Kraśnika; fot. Grzegorz Żak

Teatr współczesny?

Kilkanaście lat temu rząd Francji przeznaczył ogromną sumę euro na dofinansowanie teatru dziecięcego i młodzieżowego. Poproszono dramatopisarzy, by napisali sztuki o współczesnych problemach współczesnym językiem oraz by tworzyli je wraz z reżyserami – podczas prób na scenie,  czyli dokładnie tak, jak obecnie najczęściej pracuje się w teatrach. Stworzono zatem detaliczny program grantowy dla teatrów repertuarowych na pracę z młodzieżą i stypendialny program dla reżyserów, dramaturgów, by część swojej aktywności skierowali właśnie ku młodzieży. Dzisiaj francuski teatr i dramaturgia dla młodzieży należą do najprężniejszych w Europie. Szczęśliwie mamy okazję zapoznawać się z nimi dzięki oficynie wydawniczej Drameducation z Poznania, drukującej współczesny dramat frankofoński.

Niestety po obejrzeniu dwudziestu sześciu prezentacji podczas tegorocznej Sceny Młodych doszedłem do przykrej konstatacji, że dzieli nas od Francji odległość tak duża, jak między paciorkami z neolitu, a kolią diamentów. Ogromna większość pisanych przez zespoły tekstów cierpi na dwie choroby: albo napisana jest przez instruktorów językiem w najlepszym razie bełkotliwym, albo zwyczajnie banalizuje postrzeganie rzeczywistości. Szczytem sadyzmu było ubranie licealistów z V LO w Lublinie w dziecięce stroje i kalesonki, a następnie kazanie im deklamować infantylne bajki. Przykłady można by mnożyć. Mocniejszy, ostry, młodzieżowy język pojawił się raz (sic!) w jednej tylko prezentacji z Kraśnika. Tłumaczyłem instruktorom, że odgrywanie przez gimnazjalistów scen z Powstania ‘44 roku w formie rekonstrukcji ociera się o banał. Nauczycielom pracującym z dziećmi najchętniej podsunąłbym współczesne bajki Maliny Prześlugi, Marty Guśniowskiej czy Roberta Jarosza, czyli uznanych już dramatopisarzy, których sztuki grywa się w teatrach w całej Polsce.

Młodzież i instruktorzy, ku mojemu zdziwieniu, zupełnie nie oglądają współczesnego teatru. Stąd ich propozycje repertuarowe i estetyczne zatrzymały się gdzieś w latach dziewięćdziesiątych. Ciężko ogląda się płody ich wspólnej pracy. Gdy zapytałem jedną z grup podczas omówienia, kto oglądał jakiś spektakl w ostatnim miesiącu, to okazało się, że ręce podniosły trzy osoby z dziesięciu. Byli w Osterwie. Z klasą. Tymczasem, by robić współczesny teatr, trzeba nim zwyczajnie... żyć. Czuć puls współczesności, próbować dotrzeć, zrozumieć, przeczytać, czym żyje współczesna sztuka. Ubierając w kalesony młodych ludzi, otrzecie się, drodzy państwo, o śmieszność! Zdarza się też, niestety, że instruktor przebierze młodzież w kostiumy z epoki, założy im maski i podsunie tak zwaną galanterię teatralną, niby-żyćko sceniczne, jak to miało miejsce w propozycji lubelskiego Teatru Satyry Zielona Mrówa. W takim anturażu poruszenie każdego utworu pisanego wierszem będzie się wydawać banalne i – jak to się mawia w środowisku teatralnym – „paszka, paszka, dowcipas goni dowcipas”.

Najbardziej w tym galimatiasie doceniłem szczerość i autentyczność w pracy z młodymi ludźmi. Niedoróbki warsztatu są w tym wieku czymś oczywistym, za to chęć wypowiedzenia się na dręczące, ważne problemy to coś, co stanowi siłę młodzieży występującej na scenie. Bunt jest w tym wieku ważny, bo jeśli się nie zbuntują i jeszcze w wieku szkolnym nie wezmą za rogi z rzeczywistością, to strach pomyśleć, jak będzie wyglądała ich dorosłość. Teatr doskonale w tym pomaga – scena wręcz prosi się o wyrazistość. Teatr NOTOCO z Centrum Kultury i Promocji w Kraśniku pokazał problem dziewczyn z ośrodków wychowawczych, Teatr AMATORZY z Bursy Szkolnej nr 5 w Lublinie poruszył temat inności i obcości w środowisku młodzieżowym, a dzieci z ABRA-KADABRA z Zespołu Szkół w Księżomierzy zmierzył się z uzależnieniem od internetu.

Warto też, oczywiście, pracować z młodzieżą nad dobrą literaturą. Świetnie, twórczo, dowcipnie i celnie uruchomiono teatralnie na przykład wiersze Wisławy Szymborskiej. Nie deklamowano, a właśnie teatralizowano sensy i wątki w przedstawieniu Teatru BEZ DIDASKALIÓW z Gimnazjum nr 9 w Lublinie. Zachwyciły mnie dzieci z Trawnik, nieźle poprowadzone przez Arkadiusza Jurka w spektaklu pt. Szafa, prezentujące małe arcydzieło o funkcjonalności zwykłej-niezwykłej szafy. I to w czarnym teatrze! Jakże rzadko w pracy z młodzieżą instruktor decyduje się na taką formę plastyczną, odchodząc od nieznośnego psychologizowania.

Perełek było więc kilka, choćby pulsujący młodzieńczym rytmem Teatr KONTAKT z Włodawy. I na koniec: jeśli macie, drodzy instruktorzy i nauczyciele, problem ze współczesnymi tekstami – a widać, że macie – wejdźcie na stronę: www.drameducation.eu i napiszcie tam maila do dyrekcji. Myślę, że wam pomogą i wyślą już przetłumaczone współczesne francuskie i belgijskie dramaty. A może nawet, jeśli dostrzegą w was zapał, to i zaproszą autora na premierę? Wszystko jest możliwe. Naprawdę – warto spróbować.

Dobrze, że Scena Młodych ma w Centrum Kultury swoje miejsce, że organizują ją  pasjonaci, oddani pracy z młodzieżą. Ciekaw jestem, w jakim kierunku będzie się ona zmieniać, bo właśnie prosząc o zmianę, piszę ten tekst. A o tym, że coroczne prezentacje są ważne, napisała mi po festiwalu Patrycja – jedna z uczestniczących w przeglądzie gimnazjalistek: „Chciałam podziękować za dzisiaj i za dzisiejszy miły komentarz, który był skierowany do mnie. Dało mi to dalszą i większą motywację do działania w aktorstwie”.

Tekst ukazał się w majowym numerze (5/2016) lubelskiego miesięcznika Proscenium.

niedziela, 20 grudnia 2015

„Piotruś Pan”, reż. Janusz Józefowicz, Teatr Studio Buffo w Warszawie (premiera 12 XII 2015). Recenzuje Joanna Wąsik.

fot. Maciej Nowak


Puste efekty

Kiedy ogląda się „Piotrusia Pana” w reżyserii Janusza Józefowicza na scenie Studia Buffo, dookoła słyszy się nieustanne „ochy i „achy” najmłodszych (i nie tylko) widzów. Nie da się zaprzeczyć – jest to efektowny spektakl. Największe wrażenie robią scenografia, choreografia, kostiumy… No i to latanie. Ogromną frajdę muszą mieć te dzieci – młodzi aktorzy, które na scenie mają do dyspozycji kryjówkę Zagubionych Chłopców pełną tuneli, poskręcanych schodków, z tarasami i tajemnymi przejściami, ze spiralną ślizgawką, w dodatku umieszczoną na obrotowej scenie. Ile silnej woli kosztowało mnie, by do nich nie dołączyć…

Już pierwsza scena komunikowała: „my, twórcy, zabierzemy was na niezwykłą przygodę! Przygotujcie się!” Wyobraźcie to sobie: zapada ciemność, po sali roznosi się ogłuszająca muzyka i nagle od strony foyer wbiegają między rzędy widowni ryczący Indianie, pochodnie w ich rękach oświetlają pomalowane twarze i barwne stroje. Przemieszczają się w tańcu w rytm dzikich dźwięków. Ich ruchy są gwałtowne i energiczne; nie sposób oderwać od nich wzroku.

Duże wrażenie robi też sporych rozmiarów piracki statek, w chmurze dymu wyłaniający się z lewej kulisy, albo kłapiąca paszcza krokodyla, która zupełnie niespodziewanie wynurza się z zapadni pod sceną. W tych momentach głośne reakcje zachwyconych lub zaskoczonych dzieci stają się częścią przedstawienia – przecież to dla tych reakcji Andrzej Woron stworzył tak widowiskową scenografię; wszystkie jej elementy wskazują, że celem twórcy było właśnie wzbudzenie zachwytu dzieci. A jednak boli, że wszystkie te zabiegi nie pozostawiają ani odrobiny miejsca dla wyobraźni. Historia rodziny Darlingów i Piotrusia staje się zupełnie jednowymiarowa i nikomu nie przyjdzie do głowy interpretować ją inaczej niż w założony przez realizatorów sposób.

Wspaniałe w „Piotrusiu Panie” są piosenki Jeremiego Przybory, muzyka Janusza Stokołosy i układy taneczne Janusza Józefowicza, szczególnie te wykonywane grupowo. Sceny, które ogląda się z największym skupieniem uwagi i największą zabawą, to właśnie plemienne tańce Indian na samym początku oraz podczas uroczystości na cześć Piotrusia Pana, mroczny chór piratów, kiedy ich statek po raz pierwszy przybija do brzegu Niebywalencji, oraz pieśń Zagubionych Chłopców, którzy podczas jej wykonywania łobuzują w swojej kryjówce. Ogromną rolę odgrywa też światło w scenach toczących się w posiadłości Państwa Darling jak i Niebywalencji. Gdy po raz pierwszy widzimy nieistniejącą wyspę, jest ona skąpana w przytłumionym świetle, które przenika między gęstymi koronami drzew. Nadaje to znamię tajemniczości naszemu pierwszemu zetknięciu z krainą.

Głównego bohatera, Piotrusia Pana, zagrał Witold Sosulski, a jego wybrankę Wendy, Amelia Kaczmarczyk. Ja sama świetnie się bawiłam oglądając sceny, w których młodzi aktorzy ewidentnie mieli dużą frajdę. Jednak brakuje tempa i napięcia w momentach, w których dzieci pozostawały na scenie same, bez wsparcia zawodowych artystów, ani nie kierowani energiczną choreografią. Niewątpliwie, w wielu z nich drzemie wielki talent, mimo to widać jak bardzo brakuje im warsztatu. W przeciwieństwie do doświadczonych aktorów nie potrafią utrzymać na sobie uwagi.

Nie znaczy to jednak, że wszyscy zawodowi aktorzy, grający w „Piotrusiu Panie” zapracowali na pochwały. Chociażby grany przez Wojciecha Paszkowskiego Kapitan Hak mocno rozczarowuje. Jego postać jest płytka, niczym nie zaskakuje, i nie wynika to tylko z faktu, że jest ona kopią z disnejowskiej produkcji. Hakowi w warszawskim wydaniu po prostu brakuje charakteru, ani się go nienawidzi, ani uwielbia – a przecież to o skrajności chodzi w byciu czarnym charakterem.

Przeszkadza też język, stylizowany na mowę charakterystyczną dla początku XX wieku. Z założenia wzniosły i szlachetny, w ustach dzieci wydaje się fałszywy i pretensjonalny. Kiedy Wendy używa wyrażeń takich jak „ma matka” lub „potomstwo”, dzieci siedzące na widowni nie widzą w niej siebie tylko jakąś zupełnie obcą postać. Jaki jest zatem cel upartego pozostawania w innej epoce, skoro główni odbiorcy tej bajki – dzieci, nie utożsamiają się z jej bohaterami, nie mogą przeżywać tej niezwykłej przygody, widzieć na scenie samych siebie?

Najbardziej zniechęcające było jednak zakończenie. Na zasłoniętej już kurtynie została wyświetlona twarz starszego mężczyzny na tle otwartego parasola a z głośników popłynął jego donośny głos. Przemowa Jeremiego Przybory o tym, że Piotruś Pan będzie wracał, aby na czas wiosennych porządków zabierać ze sobą córkę Wendy, córkę córki Wendy, oraz ich kolejne córki, przypominała przedziwne proroctwo, które wydawało się być zupełnie nie na miejscu i wywoływało konsternację. Czar prysł.

Piotruś Pan” to efektowne widowisko, bo na naszych oczach, na żywo pokazuje to, co Disney przedstawił tylko w animacji: dzieci latają, wytresowany pies śpiewa wraz z aktorem, Skierlinka unosi się tuż nad naszymi głowami… Spektakl stworzono, by zachwycać dzieci. Nie jest to jednak przedstawienie dla tych, którzy liczą na niekonwencjonalne rozwiązania teatralne, na realizację, która poruszy wyobraźnię, czegoś nauczy i uchyli rąbka magii zawartego w pięknej baśni jaką jest „Piotruś Pan” J. M. Barriego.



Joanna Wąsik – studentka lingwistyki stosowanej na Uniwersytecie Warszawskim.

wtorek, 15 grudnia 2015

„Wujaszek Wania”, reż. Andrzej Bubień, Teatr 6. piętro w Warszawie (premiera 21 XI 2015). Recenzuje Maciej Bielak.

fot. teatr6pietro.pl


Ludzie, którzy zmierzają donikąd

Po serii spektakli lekkich, łatwych i przyjemnych warszawski Teatr 6. piętro sięgnął po klasykę dramatu. Efekt jest całkiem przyzwoity. Wprawdzie „Wujaszek Wania” w reżyserii Andrzeja Bubienia nie jest specjalnie odkrywczy, ale pozwala delektować się tekstem Czechowa i grą Wojciecha Malajkata.

Scenografia spektaklu Bubienia składa się z kilku przenośnych, drewnianych konstrukcji imitujących dwadzieścia sześć pomieszczeń w wiejskim majątku profesora Sieriebriakowa, w którym dzieje się akcja sztuki. W miejscu tym spotyka się ośmioro bohaterów, których wiele dzieli, a łączą niespełnione marzenia i rozgoryczenie życiem. Sieriebriakow marzył o karierze naukowej, ale osiadł na wsi, której nie znosi; jego młoda żona Helena jest coraz bardziej przytłoczona małżeństwem z podstarzałym profesorem; z kolei córka Sonia jest zakochana w cynicznym alkoholiku Astrowie – niespełnionym lekarzu i miłośniku lasów, który z kolei kocha Helenę. Wreszcie tytułowy bohater Iwan Wojnicki – szwagier Sieriebriakowa poświęcił całe życie na zarządzanie majątkiem należącym do profesora, którego niegdyś podziwiał, a później znienawidził, ale zakochał się w jego żonie. Kiedy Sieriebriakow chce sprzedać majątek, zdesperowany Wojnicki usiłuje zastrzelić profesora.

Lew Szestow napisał, że postaci dramatu Czechowa „dokądś podążają, być może nawet do przodu”. Natomiast Bubień w swoim spektaklu stworzył portret ludzi, którzy zmierzają donikąd. Najlepiej widać to w jednej z ostatnich scen przedstawienia, tuż przed wyjazdem Sieriebriakowów. Bohaterowie sztuki stają wtedy w grupie, jakby pozowali do rodzinnego zdjęcia, silą się na uśmiech. Ze sceny padają nawet słowa o pojednaniu, ale już po wyjeździe części postaci, pozostali bohaterowie wprawdzie dalej ze sobą rozmawiają, ale wszyscy poza Sonią siadają i niemal zastygają w przybranych pozach. Ta scena doskonale pokazuje, że w życiu bohaterów spektaklu tak naprawdę nic już nie może się zmienić.

„Wujaszek Wania” w Teatrze 6. piętro jest przedstawieniem tradycyjnym zarówno w interpretacji, jak i w środkach wyrazu. Spora część spektaklu Bubienia rozgrywa się na lekko przyciemnionej scenie, co – używając określenia Jerzego Koeniga – dodaje przedstawieniu „mgiełki księżycowej”. W odbiorze pomaga też muzyka, która wprowadza elementy grozy i niepokoju, ale też podkreśla subtelność scen miłosnych. Jednak zdecydowanie największym atutem tego spektaklu jest Wojciech Malajkat w roli tytułowej. Aktor celnie ukazał narastające szaleństwo swojego bohatera, który z początku jest zgryźliwym cynikiem bezlitośnie wykpiwającym otoczenie, następnie przeistacza się w groźnego furiata, a pod koniec spektaklu staje się kompletnie wyobcowany. Poza tym Malajkat umiejętnie łączy tragizm z komizmem, co widać zwłaszcza w scenie próby zabójstwa profesora – kiedy aktor wypowiada słowa: „No i nie trafiłem”, widzowie momentalnie wybuchają śmiechem. Malajkat buduje też postać poprzez gest, który Wania powtarza co jakiś czas przez cały spektakl – coś w rodzaju trzykrotnego gładzenia się po twarzy.

Z pozostałych aktorów wyróżniają się Anna Dereszowska w roli Heleny i Miłogost Reczek jako Tielegin. Helena w interpretacji Dereszowskiej to typowa femme fatale, a jej sojusz z Sonią jest czysto taktyczny i ma na celu wyłącznie rozpoznanie relacji uczuciowych między Sonią a Astrowem. Scena zalotów Wojnickiego do Heleny należy do najpiękniejszych w spektaklu (z jednej strony sceny Dereszowska zalotnie wygina się, z drugiej Malajkat bezradnie siedzi i kiwa się w przód i w tył, a wszystko to przy dyskretnym akompaniamencie fortepianu). Natomiast Reczek oszczędnymi środkami buduje postać zubożałego z wyboru wazeliniarza, który walczy o resztki godności. Nieco gorzej wypadają Michał Żebrowski w roli Astrowa i Dorota Krempa jako Sonia. Żebrowski w otwierającym spektakl monologu wystrzeliwuje słowa z prędkością karabinu maszynowego, a w scenie pożegnania z Heleną Astrow ni stąd, ni zowąd popada w płacz. Natomiast finałowy monolog Soni w wykonaniu Krempy z niezrozumiałych powodów jest przekrzyczany. Z kolei Piotr Machalica w roli Sieriebriakowa w scenie kłótni z Heleną przejmująco zagrał człowieka, który nie może poradzić sobie z własną starością, ale w następnych odsłonach aktor dość monotonnie deklamuje kwestie swojego bohatera.

Mimo tych zastrzeżeń „Wujaszek Wania” w Teatrze 6. piętro jest niezłym spektaklem, wartym polecenia miłośnikom klasyki teatru w dobrym wydaniu. Mam też nadzieję, że najnowsza produkcja teatru mieszczącego się w Pałacu Kultury i Nauki będzie zwiastunem ewolucji repertuarowej tej placówki.



Maciej Bielak – absolwent historii i politologii UMCS. Redaktor lubelskiej gazety teatralnej Proscenium.